– Osobiście przyjadę na te wybory – ogłosił Micheil Saakaszwili. Chodzi o zaplanowane na 2 października wybory lokalne w Gruzji.

Saakaszwili cały czas powtarza, że „nie boi się aresztu, bo naród gruziński go obroni",

Nie wiadomo, dlaczego akurat na te miałby przyjechać. Od czasu, gdy uciekł z kraju – wyjechał jako prezydent, na miesiąc przed końcem swej kadencji i nie wrócił – dwa razy odbyły się tam wybory parlamentarne i raz prezydenckie. Mimo iż za każdym razem jego zwolennicy zdobywali znaczącą część głosów (obecnie opozycja ma jedną trzecią miejsc w parlamencie), nie był na żadnym z głosowań.

Siedem, a może szesnaście

Prawda, w Gruzji poszukiwany jest listem gończym, a nawet skazany na dwa i pół roku więzienia (za nadużywanie władzy) oraz na sześć lat (za zorganizowanie napadu na jednego z deputowanych). Jednak mimo tak solidnie wyglądających wyroków Interpol odmówił rozesłania za nim międzynarodowego listu gończego, a Ukraina trzy razy odmówiła ekstradycji (zarówno wtedy, gdy cieszył się tam względami byłego prezydenta Poroszenki, jak i wtedy, gdy popadł w niełaskę).

Saakaszwili cały czas powtarza, że „nie boi się aresztu, bo naród gruziński go obroni", jeśli wróci do ojczyzny, ale ani razu nie przetestował swych rodaków. Choć wyroki i oskarżenia (a toczyło się przeciw niemu dziesięć spraw karnych) wyglądają na dość naciągane, to nie zaryzykował.

W niczym nie przypomina rosyjskiego opozycjonisty Aleksieja Nawalnego, który choć truty bronią chemiczną przez Kreml, nie mając politycznego zaplecza w postaci silnej partii politycznej zasiadającej w parlamencie, wrócił do Rosji, z góry wiedząc, że trafi do więzienia. Tak właśnie się stało i Nawalny już ponad pół roku jest w łagrze.

Były prezydent wolał nie ryzykować, choć co najmniej siedem razy (a niektórzy mówią już, że szesnaście) ogłaszał, że wróci do ojczyzny. Poprzedni raz zrobił to w sierpniu. Ale jak na razie udało mu się jedynie wrócić na Ukrainę, której był obywatelem do 2017 roku, a potem znów od 2019. Prawda, stracił na dwa lata ukraińskie obywatelstwo, bo pokłócił się o sprawy pryncypialne ze swym byłym kolegą ze studiów, a potem prezydentem Ukrainy Petrem Poroszenką. Zarzucił mu bowiem, że ten przymyka oko na korupcję zżerającą kraj. Ale co z tych pryncypiów, skoro skończyło się to jak w kabarecie: Saakaszwili uciekał przed ukraińskimi policjantami po dachu kijowskiego domu, w którym mieszkał. Został ściągnięty na dół, a korupcja nadal kwitła.

Tymczasem inni Gruzini, którzy przyjechali do Kijowa pomagać ukraińskiej rewolucji, pozostawili po sobie trwalsze ślady, na przykład w postaci zreformowanej policji. A polityków ocenia się za działania, a nie za słowa i dobre chęci.

Autopromocja
Ranking Samorządów

Poznaj najlepsze samorządy w Polsce

WEŹ UDZIAŁ

Nieobecni nie mają racji

Teraz też mówi, że wróci, a politycy rządzącego w Gruzji od 2013 roku Gruzińskiego Marzenia publicznie kpią sobie z niego. – Przywykliśmy do przedwyborczych prezentów od Saakaszwilego, ale to coś unikalnego (jego zapowiedź): doda nam na pewnie z 7 procent głosów – stwierdził szef partii Iraklij Kobachidze.

A życie w Gruzji toczy się dalej: z Saakaszwilim czy bez niego. Do Tbilisi przyjechała delegacja amerykańskiego Kongresu, m.in. podziękować za „wsparcie, okazane USA w czasie ewakuacji z Afganistanu". Gruzińska stolica była jednym z transportowych „hubów", do których wywożono uciekinierów, by stąd mogli podróżować dalej. Kongresmeni „zapewnili, że USA nadal będą wspierać euroatlantyckie dążenia Gruzji".

I nikt nie zwracał uwagi na okrzyki wydawane znad Dniepru przez byłego prezydenta.