Kais Saied prezydentem jest od niecałych dwóch lat. Wybory wygrał, prezentując się jako przeciwnik establishmentu. Teraz też wystąpił w tej roli. Przez kraj przetaczają się protesty wywołane marnymi skutkami polityki antycovidowej władz. Saied skorzystał z gniewu ulicy. Zdymisjonował szefa rządu Hiszama Maszisziego, ma go zastąpić nowy, zapewne zależny od prezydenta. Co najważniejsze Saied zawiesił parlament, niezwykle różnorodny jak na świat arabski – od mającej najwięcej posłów islamistycznej partii Nahda po kilka ugrupowań lewicowych.

W niedzielę wieczorem prezydent wystąpił z przemówieniem do narodu, w którym zapewnił, że chodzi o ratowanie kraju. I że zawieszenie parlamentu ma obowiązywać do czasu „zaprowadzenia spokoju społecznego". W ten sposób Saied poszerzył znacznie swoje uprawnienia. Zgodnie z konstytucją prezydent Tunezji odpowiada głównie za politykę zagraniczną i obronę. Kais Saied, który zanim zajął się polityką, był konstytucjonalistą i wykładowcą prawa, uważa, że działa zgodnie z ustawą zasadniczą. Jest w niej mowa o możliwości wprowadzenia „nadzwyczajnych środków" przez głowę państwa w obliczu „zagrożenia dla instytucji kraju".

– To zamach stanu – uważają jednak liderzy, których prezydent chce odsunąć od władzy. Przede wszystkim charyzmatyczny przywódca Nahdy Raszid Ghanuszi. To Nahda była najczęściej krytykowana przez antyrządowych demonstrantów. Po obwieszczeniu decyzji o zawieszeniu parlamentu dziesiątki tysięcy Tunezyjczyków radowało się na ulicach miast, zwłaszcza z prezydenckiego uderzenia w Ghanusziego. W stolicy tłum ruszył na główną siedzibę tej partii, ale mundurowi bronili do niej dostępu. Otoczyli też gmach parlamentu w Tunisie, także po to, by nie wpuścić tam posłów i Ghanusziego. Nahda wezwała swoich zwolenników do obrony demokracji.

Pojawiły się głosy, że Tunezji grozi powrót do dyktatury. Tak uważa były prezydent Monsif Marzuki, centrolewicowy polityk, który obok islamistów najbardziej krytykuje teraz działania Saieda.

Na przełomie 2010 i 2011 r. to w Tunezji doszło do buntu, który zapoczątkował rewolucje w wielu krajach Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. W styczniu 2011 r. upadł tunezyjski dyktator Zin al-Abidin Ben Ali, uciekł do Arabii Saudyjskiej, skąd nigdy nie wrócił (zmarł tam w 2019 r.).

Tunezja stała się wzorem demokratycznych przemian w regionie. Od lat odbywają się tam wolne wybory, panuje pluralizm, niemal codziennie ktoś w jakiejś sprawie protestuje. Obalenie dyktatury nie doprowadziło jednak do zrealizowania innych postulatów rewolucji: korupcja i nepotyzm nie zniknęły, godnej pracy dla licznych absolwentów brakuje. Frustracja doprowadziła do radykalizacji części społeczeństwa. To z Tunezji rekrutowało się najwięcej zagranicznych bojowników tzw. państwa islamskiego w Syrii i Iraku. Do zamachów dżihadystów dochodziło też w samej Tunezji, co uderzyło w turystykę. Kraj pogrążył Covid-19, w zeszłym roku gospodarka skurczyła się o ponad 8 proc. Niewielka Tunezja ma też najwięcej wśród państw arabskich ofiar śmiertelnych koronawirusa – 18,6 tys. Teraz, w czasie sezonu turystycznego obowiązują restrykcje, między innymi godzina policyjna w nocy. W niektórych miejscowościach turystycznych prawie nie ma gości.

Część obserwatorów widzi w prezydencie Saiedzie obrońcę kraju przed Nahdą. To pierwsze na świecie islamistyczne ugrupowanie, które opowiedziało się za rozdziałem państwa i meczetu. Niektórzy jednak podejrzewają, że umiarkowany, cywilizowany wizerunek przybrała tylko do czasu, aż zdobędzie w demokratycznych wyborach całkowitą władzę. W ostatnich latach musiała się nią dzielić, tworzyć koalicje.

Saied w kwestiach światopoglądowych jest równie konserwatywny jak Nahda. Oskarżał Zachód, że za jego pieniądze jest w Tunezji finansowana ideologia LGBT.