Reklama
Rozwiń
Reklama

Dwa światy: Albańczyków i Serbów

Transporter opancerzony przed cerkwią i patrole żołnierzy KFOR na uliczkach miasteczka to za mało. — Kiedy w Prisztinie ogłoszą niepodległość, zażądamy, by w centrum Orahovaca zaczął stacjonować kontygent żołnierzy. To będą trudne chwile — mówi Dejan Baljosević, lider miejscowych Serbów. Reportaż Mai Narbutt z Kosowa. Zdjęcia: Bartek Sadowski.

Aktualizacja: 14.12.2007 07:54 Publikacja: 13.12.2007 16:42

Prawosławny klasztor - jedyny klasztor w Kosowie, który nie został zniszczony w czasie wojen. Obecni

Prawosławny klasztor - jedyny klasztor w Kosowie, który nie został zniszczony w czasie wojen. Obecnie jest otoczony przez włoskie wojska NATO, które pilnują aby nie został zaatakowany przez Albańczyków - Kosowarów.

Foto: Fotorzepa, BS Bartek Sadowski

Kryte czerwonym gontem domy w położonym na zachodzie Kosowa Orahovacu, jak go nazywają Serbowie, i Rahovecu, jak mówią Albańczycy, wyglądają idyllicznie, wąskie uliczki malowniczo pną się w górę. Miasteczko dzieli się na dwie części — górną i dolną. Linia podziału jest czytelna i ostateczna — po jednej stronie Albańczycy, po drugiej Serbowie. Jeszcze niedawno nikt nie przechodził na drugą stronę. Od kilku miesięcy niektórzy podejmują takie ryzyko; ważne, by iść w grupie, nie samemu, i nie zapuścić się w jakiś zaułek.

Im bliżej dnia, w którym Kosowo ogłosi niepodległość, tym bardziej wracają stare lęki. Gdy w Prisztinie zabrzmią strzały na wiwat, w Rahovecu Serbowie zabarykadują się w swych domach.

— Żołnierze KFOR stanowią jakąś ochronę, Nie zawsze wystarcza — mówi Ljubisza Vitoszević, trzydziestokilkuletni Serb spotkany w Rahovecu. Pamięta dobrze pogromy, do których doszło w marcu 2004 roku, kiedy rozwścieczeni Albańczycy wdarli się do serbskich enklaw, paląc domy i cerkwie. Detonatorem zamieszek stała się pogłoska, że trzej albańscy chłopcy, którzy utopili się w rzece Ibar, zostali tam wepchnięci przez Serbów.

W Kosowie ciągle dochodzi do zajść na tle etnicznym i często wie o nich jedynie lokalna społeczność.

— Zawsze sprawcy pozostają nieznani — wyjaśnia ze smutkiem mnich z położonego w górach średniowiecznego monastyru Visoki Deczani. Monastyr otaczają zasieki, żołnierze włoscy wyposażeni w ciężki sprzęt za barykadą z betonowych bloków ustawili dwa checkpointy, obłożone workami z piaskiem. Ale i tak kilka miesięcy temu w nocy z granatnika ostrzelano kamienne mury klasztoru.

Reklama
Reklama

Kiedy władyka Teodozjusz chce odwiedzić inny klasztor, z Deczani wyrusza konwój składający się z transportera opancerzonego i ciężarówek wypełnionych żołnierzami z bronią gotową do strzału. Mnisi w Deczani nie chcą mówić o tym, co będzie, gdy Kosowo proklamuje niepodległość. — Jesteśmy w klasztorze, by troszczyć się o zbawienie naszych dusz. Nie możemy mówić o polityce — podkreśla młody, ascetycznie wyglądający mnich Luka, otwierając kute w brązie drzwi cerkwi.

Jednak hierarchowie prawosławni w Kosowie nie są tak powściągliwi. Władyka Artemiusz, który w środę odprawił mszę w położonej pod samą Prisztiną serbskiej enklawie Graczanica, wznosząc ręce ku niebu przemawiał w tonie apokaliptycznym. Zapowiedział, że Kosowo staje się miejscem wielkiego starcia islamu z europejskim chrześcijaństwem.Znak na drzwiach biura do walki z dyskryminacją pod auspicjami OBWE w Rahovecu wygląda nietypowo: przekreślony pistolet. W innych częściach Europy wywiesza się znak z przekreślonym papierosem, ale na Bałkanach są dla życia zagrożenia większe niż nikotyna.

Plakat, na którym symbolicznie przedstawione postaci ludzkie trzymają się za ręce, wygląda za to w Rohavecu jak kpina. Multietniczna społeczność żyjąca harmonijnie na terytorium, gdzie sąsiad zabijał sąsiada i ciągle odkopuje się bezimienne mogiły, to mrzonki, w które nikt nie wierzy.

— Wszyscy chcieliby, żeby Serbów po prostu w Kosowie nie było. Do tego dążą i Albańczycy, i społeczność międzynarodowa — przekonuje Dejan Baljoszević siedząc w biurze OBWE — Ciągle za przykład stawia się nam Prizren. Że tam nie ma napięć etnicznych. Oczywiście, że nie ma, w końcu zostało tam tylko kilku Serbów.

Serbowie w enklawach bacznie śledzą wieści z Prisztiny. Wiadomość, które podały środę wszystkie rozgłośnie w Kosowie — że deklaracja niepodleglości może być kwestią nawet najbliższych dni — wywołuje tu przerażenie. Są i tacy, którzy zaczęli się pakować, by być przygotowanym na każdy scenariusz.

— Największe napięcie panuje na północy Kosowa, w położonej przy granicy z Serbią Mitrowicy. Tam zawsze zaczynają się wszystkie niepokoje. Nas, w głębi Kosowa Albańczycy nie naciskają. Są przekonani, że i tak nasza społeczność długo tu nie przetrwa. Starsi wymrą. Młodzi uciekną, bo ile można żyć bez pracy, siedząc pod ochroną natowskich żołnierzy w enklawie, wiedząc, że nic nie zmieni się na lepsze? — mówi Ljubisza Vitoszević.

Reklama
Reklama

W Rahovecu, tak jak w innych miejscowościach w głębi Kosowa , gdzie w odrębnych częściach mieszkają Albańczycy i Serbowie, nawet przybysz z daleka może się zorientować, jak przebiega linia demarkacyjna. Po stronie albańskiej zobaczy remontowane budynki i nowe meczety. Po serbskiej — wypalone domy, do których nikt już nie wróci.

— Nie mamy żadnych możliwości, by zapobiec deklaracji niepodległości Kosowa — mówi Dejan Baljoszević. — Ale nigdy, przenigdy żaden Serb w Kosowie, nie uzna, że żyje w obcym państwie. Dla nas Kosowo jest bardziej serbskie, niż terytorium koło Belgradu.

Świat
Islam w Europie, brutalna diagnoza. Europejski laicyzm przegrywa?
Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 1451
Świat
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 1450
Świat
„Rzecz w tym”: Bad Bunny, MAGA i kryzys Zachodu – pokolenie 30–40-latków buduje własny mit Ameryki
Materiał Promocyjny
Historyczne śródmieście Gdańska przyciąga klientów z całego kraju
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama