Korpus Piechoty Morskiej USA na razie zabronił żołnierzom korzystania z portali społecznościowych tylko z wojskowych komputerów.

– Te strony internetowe to często bezpieczna przystań dla osób o złych intencjach oraz dla szkodliwych treści. Tego typu portale są szczególnie narażone na wyciek informacji ze względu na to, że użytkownicy ujawniają na nich prywatne informacje – czytamy w oświadczeniu wydanym przez marines. I choć wojskowi podkreślają, że na prywatnych komputerach żołnierze nadal będą mogli sprawdzać konta na Facebooku, to jednak w praktyce amerykańska piechota zostanie odcięta od portali tego typu na misjach w Afganistanie i Iraku, gdzie zdecydowana większość żołnierzy korzysta właśnie z komputerów wojskowych.

Groźne są m.in. wirusy, trojany i programy szpiegujące, które gdy dostaną się już na jeden komputer, mogą szybko i łatwo zainfekować sprzęt naszych znajomych online.

Cytowany przez „The Wall Street Journal” rzecznik Facebooka Barry Schnitt jest rozczarowany tą decyzją i nieco zaskoczony, że wojskowi podjęli ją, powołując się na kwestie bezpieczeństwa, nie pytając nawet o stosowane przez portal zabezpieczenia. – Nikt nie sugerowałby odcięcia ludzi poza granicami od dostępu do poczty, a przecież oni właśnie proponują wprowadzenie takiego zakazu wobec jej odpowiednika w XXI wieku – podkreśla Barry Schnitt.

[srodtytul]Talibowie buszują po Naszej-Klasie?[/srodtytul]

Craig Thomas, rzecznik prasowy marines, tłumaczy, że 30 lat temu ostrzegano żołnierzy, by nie ujawniali zbyt szczegółowych informacji w listach wysyłanych do domu. Dziesięć lat temu zwracano im uwagę, by rozważnie korzystali z e-maili, a dziś armia skupia się na portalach społecznościowych. – Nie może być tak, że ktoś zamieści informację: Hej. Wyruszamy tego dnia i o tej godzinie – mówi Thomas. – Wierzcie mi, nasz wróg sprawdza, co nasi żołnierze piszą online – dodaje w rozmowie z amerykańskim wydaniem magazynu „Computerworld”.

Jak się okazuje, prawdopodobieństwo, że żołnierze pochwalą się tajnymi działaniami na portalach, wcale nie jest takie małe. – Terroryści mają świetnie zorganizowane zespoły, które zajmują się analizą dostępnych ogólnie wiadomości. Zresztą pierwsi portale społecznościowe do planowania swoich akcji zaczęli wykorzystać właśnie oni i kryminaliści. To bowiem świetne źródło informacji – mówi ekspert ds. terroryzmu z Collegium Civitas Krzysztof Liedel. I dodaje, że teraz portale te przeszukują też służby specjalne ścigające terrorystów.

Żołnierze nie zawsze jednak o tym pamiętają. Dlatego w lipcu duńscy dowódcy zwrócili uwagę swym podwładnym, by nie dyskutowali na Facebooku o ostatnich operacjach wojskowych, co mogło zagrozić bezpieczeństwu prowadzonych misji.

– Skoro my używamy nowoczesnych technologii, by dowiedzieć się o planach talibów, to musielibyśmy być głupcami, by sądzić, że oni nie robią tego samego – podkreślał wówczas podpułkownik Kim Astrup. Dodając w rozmowie z Reutersem, że nie wierzy, by hasła do portalu i bariera językowa mogły powstrzymać talibów przed zdobyciem tajnych informacji.

Jeszcze bardziej internetowym portalom zaufało kilku polskich oficerów Służby Kontrwywiadu Wojskowego, którzy w zeszłym roku zamieścili na Naszej-Klasie nie tylko swoje zdjęcia z bronią i w mundurach, ale nawet fotografie w afgańskim przebraniu z turbanem na głowie. Przy okazji zamieszczali nawet wierszyki urozmaicające im czas na misji, na przykład: „Siekiera, motyka, szklanka, Liban, znowu robisz za taliba".

– Trzeba pamiętać, że organizacje terrorystyczne korzystają z ludzi, którzy znają język kraju, który ich interesuje. Jestem więc przekonany, że mogą szukać informacji również na Naszej-Klasie – dodaje Krzysztof Liedel.

[srodtytul]Nie upilnują żołnierza-internauty[/srodtytul]

Brytyjscy dowódcy doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak świetnie do korzystania ze współczesnych technologii przygotowani są talibowie. Ale mimo to właśnie złagodzili przepisy dotyczące korzystania z portali społecznościowych. Jak donosi dziennik „The Guardian”, żołnierze nie będą musieli już prosić przełożonych o zgodę na rozmowę o swych obowiązkach online.

Ministerstwo Obrony tłumaczy, że już dawno do historii odeszły czasy, gdy dowódcy zakazywali żołnierzom rozmawiania o pracy nawet w pubie w obawie, że padną ofiarami bojowników Irlandzkiej Armii Republikańskiej. Brytyjska armia zamierza nawet promować korzystanie z tych portali, zalecając jedynie żołnierzom, by korzystając z nich, kierowali się zdrowym rozsądkiem. „Po prostu pomyśl, zanim powiesz, że właśnie jedziesz do prowincji Helmand” – radzą pracownicy resortu obrony, przyznając, że nie da się upilnować, jak żołnierze korzystają z Internetu i co piszą w e-mailach i na portalach.

[srodtytul]Generał i tysiące fanów[/srodtytul]

Czy do takiego wniosku dojdą też Amerykanie? Na razie wiceszef Departamentu Obrony zarządził sporządzenie raportu dotyczącego zagrożeń i zalet płynących z Internetu. Być może więc po roku marines znów będą mogli cieszyć się z Facebooka czy Twittera. Zwłaszcza że zagorzałym użytkownikiem Twittera jest między innymi szef Kolegium Sztabów Połączonych Armii USA, admirał Mike Mullen. A amerykańska armia wielokrotnie korzystała z Facebooka czy MySpace przy szukaniu nowych rekrutów.