Michaił Kałasznikow, twórca słynnego automatu AK-47, jest w oficjalnych życzeniach urodzinowych nazywany „przykładem patriotyzmu i służby ojczyźnie oraz wzorem dla młodych pokoleń”. W Iżewsku, gdzie mieszka od lat i gdzie 60 lat temu wypuszczono pierwszą serię AK-47, przez cały tydzień trwają jubileuszowe uroczystości. Sam jubilat urodziny spędzi jednak w Moskwie, gdzie na Kremlu ma go dzisiaj przyjąć Dmitrij Miedwiediew.
Kałasznikow urodził się w Kraju Ałtajskim w bogatej rodzinie chłopskiej, która niedługo potem w ramach kolektywizacji została przesiedlona na głęboką Syberię. Jako potomek kułaka Kałasznikow musiał uciec się do podstępu i sfałszować swoje dokumenty, by móc prowadzić w ZSRR normalne życie. Jeszcze przed wojną, podczas służby w wojsku zasłużył się jako konstruktor licznika do silnika czołgowego, za co otrzymał wyróżnienie i zegarek z wygrawerowanym własnym nazwiskiem.
Gdy zaczęła się Wielka Wojna Ojczyźniana, został dowódcą czołgu. Raniony odłamkiem, trafił do szpitala, gdzie, jak twierdzi, ubolewał nad brakiem broni automatycznej w radzieckiej armii. Tam narysował pierwszy projekt pistoletu maszynowego. Potem stworzył jeszcze kilka prototypów, ale przełomowym i najważniejszym w jego karierze był słynny AK-47, zatwierdzony w 1947 roku i przyjęty do masowej produkcji dwa lata później.
Ze względu na zimnowojenną rywalizację z USA nową broń długo trzymano w tajemnicy. Żołnierze nosili nawet karabiny w specjalnych pokrowcach. AK-47 „zadebiutował” publicznie w 1955 roku w komedii wojennej „Maksim Pierepielica”.
Konstruktor weteran do dzisiaj współpracuje z „Iżmaszem”, który wypuścił pierwszą serię kałasznikowów i gdzie w drugiej połowie XX wieku powstawały kolejne modele. Zebrał całą kolekcję nagród i orderów, zarówno w ZSRR, jak i w nowej Rosji. W tym najwyższe odznaczenie Federacji Rosyjskiej – order św. Andrzeja Powołańca.
Trafił do Księgi rekordów Guinessa, ma w Iżewsku swoje muzeum i brązowy pomnik – kolejne muzeum i pomnik mają się pojawić z okazji jubileuszu w jego rodzinnym Kraju Ałtajskim. Są tam także ulica, sala biblioteczna i dzwon jego imienia. Jeszcze więcej pomników – w tym w Egipcie i Korei Północnej – postawiono słynnemu „kałachowi”. Automat umieszczono nawet w godle państwowym Mozambiku. – Nie da się powiedzieć w dwóch słowach, co dla ZSRR i Rosji znaczył Kałasznikow i jego automat. To jedna z naszych czołowych marek – mówi „Rz” ekspert wojskowy Aleksandr Utkin.
Sam bohater podobno nie lubi rozgłosu i prowadzi skromny żywot. „Mieszka w trzypokojowym mieszkaniu, do którego wprowadził się z rodziną 40 lat temu” – pisze gazeta „Metro”.
Automat Kałasznikowa jako najpopularniejsza na świecie maszyna do zabijania – podobno dzisiaj na świecie używa się ponad 100 milionów egzemplarzy – nie mógł nie wzbudzać kontrowersji. Docierał – często nielegalnie – do najdalszych zakątków świata i uczestniczył praktycznie we wszystkich konfliktach zbrojnych. Wiele krajów produkuje go na podstawie umów z Rosją, inne – bez licencji. Strzelają z niego i terroryści, i ci, którzy z nimi walczą. Sam Kałasznikow powiedział kiedyś w wywiadzie dla prasy: „Kiedy widzę w telewizji bin Ladena z kałasznikowem, jestem oczywiście oburzony. Ale co ja mogę na to poradzić? W końcu terroryści nie są głupi. Oni także wybrali najbardziej niezawodną broń”. Konstruktor, choć nigdy nie zamierzał odcinać się od swojego głównego wynalazku, próbował nieco zdywersyfikować swoją markę. W 2004 roku wypuścił wódkę Kałasznikow, porozumiał się też na temat wykorzystania jego nazwiska z niemieckim producentem parasoli.