Prezydent Niemiec Christian Wulff nie skorzystał z zaproszenia i ominął wczoraj, podczas podróży po graniczącej z Polską Meklemburgii, małą mieścinę Lalendorf. A wypadało wpaść do państwa Müllerów, jest bowiem honorowym ojcem chrzestnym ich nowo narodzonej córeczki. To rodzina znana w całej miejscowości z racji jej neonazistowskich przekonań. Marc Müller jest lokalnym działaczem NPD, partii powszechnie uważanej w Niemczech za neonazistowską. Jego żona Petra kieruje okręgowym Kołem Narodowych Kobiet, jedną z wielu organizacji związanych z NPD.
Prezydent wiedział o tym doskonale, podejmując decyzję, która wywołała burzę w całej Meklemburgii-Pomorzu Przednim, gdzie partia niemieckich neonazistów NPD święci triumfy i rośnie w siłę. Ma w lokalnym parlamencie już sześciu deputowanych, bo w czasie ostatnich wyborów zdobyła rekordowe 7,3 procent głosów.
Zgodnie z sięgającą 1949 roku tradycją prezydent RFN zostaje ojcem chrzestnym siódmego dziecka niejako automatycznie. Takich rodzin jest w Niemczech około 50 tysięcy. Wiele z nich to rodziny tureckie. Do tej pory nie było z tym problemów. Przypadek Müllerów jest jednak wyjątkowy. Także dlatego, że to sami rodzice skierowali petycję do prezydenta, przypominając o tradycji.
W odpowiedzi Wulff przesłał kilka dni temu państwu Müllerom odpowiedni dyplom oraz zwyczajowy czek opiewający na 500 euro.
– Chodzi o dziecko, a nie o rodziców – tłumaczy teraz urząd prezydencki, odpierając zarzuty. Przeciwko decyzji prezydenta protestowały wszystkie frakcje w parlamencie, oczywiście z wyjątkiem NPD. Burmistrz Lalendorfu odmówił nawet wysłania do urzędu prezydenckiego petycji w sprawie małej Müllerówny. A powinien był to uczynić z urzędu, kiedy w rodzinie pojawił się siódmy potomek.