To będzie bardzo długa noc. W zaproszeniu na szczyt w Brukseli skierowanym do przywódców krajów „28" Donald Tusk od razu zapowiedział, że rokowania na temat obsady pięciu kluczowych unijnych stanowisk, które rozpoczną się w nadchodzący niedzielny wieczór, potrwają przynajmniej do śniadania następnego dnia. Być może bez żadnej przerwy.

Bo czas goni. Właśnie w poniedziałek 1 lipca odbędzie się pierwsze posiedzenie nowego Parlamentu Europejskiego, na którym powinien być już znany przewodniczący strasburskiego zgromadzenia (jeden z pięciu elementów wspomnianej układanki). Tylko że negocjacje są w lesie.

Czytaj także:

Kto będzie rządził Unią? Ryszard Czarnecki ujawnia kulisy

Zemsta Francji

U źródeł tego chaosu jest niespodziewany spór, jaki wybuchł między Emmanuelem Macronem i Angelą Merkel. Kanclerz od dawna forsowała zasadę tzw. spitzenkandidat: mianowanie na czele Komisji Europejskiej kandydata frakcji w europarlamencie, która zdobyła najwięcej głosów. Było wiadomo, że w ten sposób stanowisko z największą władzą w Unii (obok prezesa Europejskiego Banku Centralnego) wpadnie w ręce Europejskiej Partii Ludowej (EPP), a konkretnie Bawarczyka z CSU Manfreda Webera. Trwający od kilkunastu lat układ, w którym Berlin kontroluje brukselskie mechanizmy władzy poprzez chadecką frakcję, zostałby utrzymany na kolejną kadencję.

Macron niespodziewanie zawarł jednak sojusz z krajami Europy Środkowej i storpedował plan Merkel, a przy okazji kandydatów frakcji Socjalistów Fransa Timmermansa i Zielonych Margrethe Vestager.

Interes Francji i Polski pozostaje tu do pewnego stopnia zbieżny, bo zarówno PiS, jak i ugrupowanie francuskiego prezydenta En Marche! pozostają poza dwoma frakcjami (EPP i Socjaliści), które dotąd rozdawały karty w Brukseli.

Minister ds. europejskich Konrad Szymański tłumaczy „Rz": – W przypadku Polski i Francji w sprawie wyborów personalnych można mówić o sojuszu sytuacyjnym, wynikającym z podobnej obserwacji, że proces spitzenkandidat nie może być traktowany automatycznie. Wynik wyborów europejskich nie daje bowiem jednoznacznej odpowiedzi, kto powinien być szefem KE. Parlament Europejski i Rada UE – obie instytucje odpowiadające za wybór przewodniczącego Komisji Europejskiej – są znacznie bardziej podzielone, niż to było pięć lat temu. EPP co prawda pozostaje największą siłą polityczną, ale nie może już liczyć na monopol w obsadzaniu stanowisk, jaki miała od kilkunastu lat.

Ale logika Macrona idzie dalej. To zemsta za dwa lata upokorzeń ze strony Berlina, okresu, w którym ambitne propozycje reformy Unii francuskiego prezydenta, w tym powstanie budżetu z prawdziwego znaczenia dla strefy euro czy wspólnych norm socjalnych, zostały przez Niemców ustrzelone. W Paryżu uznano więc, że przyszedł czas na własną grę w Unii, tym bardziej że Merkel jest osłabiona jak nigdy.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Ale kiedy Macron nie tylko zdyskwalifikował Webera, ale zaczął też drwić z kandydata na szefa EBC Jensa Weidmanna, Niemcy nie wytrzymali.

– Oś francusko-niemiecka już nie istnieje. Emmanuel Macron jest rewizjonistą, który robi wszystko, co może, aby zniszczyć europejską demokrację. To wręcz germanofob – oświadczył przewodniczący delegacji CDU w Parlamencie Europejskim Daniel Caspary, cytowany przez francuski dziennik „Liberation".

– Wrócił niemiecki nacjonalizm. W co oni grają!!! – odpowiedział bliski Macronowi eurodeputowany Daniel Cohn-Bendit, legendarny przywódca manifestacji w maju 1968 r.

Miejsce dla Polski

Szymański, mniej emocjonalnie, przyznaje: – Uznając historyczne znaczenie pojednania francusko-niemieckiego, podziały w Unii są tak poważne, że trudno stworzyć wspólną agendę integracji w oparciu o porozumienie tylko dwóch krajów. Potrzeba poparcia znacznie większej liczby stolic, aby pchnąć integrację Europy do przodu.

W środę w Bundestagu Merkel co prawda zasygnalizowała, że jest gotowa zrezygnować z forsowania Webera, ale już nie zasady spitzenkandidata. Raczej należy też wykluczyć, aby przełknęła jeszcze większe upokorzenie i przystała na mianowanie na to miejsce Francuza Michela Barniera. Z kolei dla Polski nie wchodzi w grę „awaryjny wariant" roszady Tuska na miejsce Jeana-Claude'a Junckera. – Ta kandydatura nie jest poważna, to wygląda na grę wizerunkową – mówi Szymański.

Giełda nazwisk jest więc bardzo obszerna, od byłego premiera Finlandii Alexandra Stubba, dyrektor generalną Banku Światowego Kristalinę Georgiewę, szefową MFW Christine Lagarde, premiera Irlandii Leo Varadkara czy nawet piękną prezydent Chorwacji Kolindę Grabar-Kitarovic.

Ale w takiej mętnej wodzie Polska niespodziewanie może złowić całkiem atrakcyjnego kandydata, postawić twarde warunki dla swojego poparcia.

– Nie należy koncentrować się tylko na geografii. Równie ważna jest ocena preferencji politycznych kandydata, przede wszystkim gdy idzie o utrzymanie szeroko pojętej konkurencji na jednolitym rynku czy polityki przemysłowej. Kwestia zamknięcia sporu o praworządność rozgrywa się natomiast osobno. Jej zamknięcie byłoby korzystne dla wszystkich – podkreśla Konrad Szymański.

Portfolio komisarza

Marża manewru Polski jest tym większa, że jak pokazał niespodziewany sojusz z Macronem, naszemu krajowi czasami może być bliżej do Paryża niż Berlina. A to oznacza, że o względy Polski oba kraje też będą musiały konkurować.

– To zależy od konkretnego przypadku – mówi minister ds. europejskich pytany, czy bardziej stawiamy na Niemcy, czy na Francję. – Partnerstwo z Niemcami niestety nie przekłada się na wystarczające wsparcie dla interesów gospodarczych Polski w UE, chociażby w sprawie płynącego z Paryża protekcjonizmu. Przykładem zbyt bierna postawa Berlina w sprawie delegowania pracowników i świadczenia usług transportowych. Ale mamy w wielu sprawach kierunkową zbieżność interesów, m.in. gdy idzie o politykę wspólnego rynku, agendę handlową Unii czy politykę obronną opartą o synergię z NATO – podkreśla.

Niedzielna gra to jednak tylko pierwsza runda rozdania stanowisk w Brukseli. Druga obejmie kompetencje przypisane nowym komisarzom. Tu Warszawa poprzeczkę stawia raczej wysoko.

– Gdy idzie o portfolio naszego przyszłego komisarza, Polska jest zainteresowana szeroko pojętymi kwestiami gospodarczymi. Ale wyobrażam sobie też ciekawe dla nas wątki dotyczące rolnictwa, rynku cyfrowego czy w kwestiach zewnętrznych. Jesteśmy zbyt dużym krajem, by sprowadzać nasze interesy do jednego aspektu UE – mówi Szymański.