Referendum, które w Holandii wymusił satyryczny portal GeenPeil (Bez Stylu), teoretycznie nie jest zobowiązujące. Jednak eksperci w Hadze są zgodni, że jeśli Holendrzy pójdą masowo głosować za odrzuceniem porozumienia, rząd nie będzie miał innego wyboru, jak wystąpić do Brukseli o znaczące ograniczenie zobowiązań podjętych wobec Kijowa.

Wciąż jest na to czas, bo choć umowę przywódcy Unii i prezydent Petro Poroszenko zawarli jeszcze w czerwcu ub.r., pięć państw Wspólnoty nadal jej nie ratyfikowało: Grecja, Cypr, Czechy, Belgia i Holandia.

– Porozumienie wejdzie w życie 1 stycznia warunkowo, do czasu, gdy wszyscy je zatwierdzą – tłumaczy „Rz" Maja Kocijancic, jedna z rzeczniczek Komisji Europejskiej.

Jan Roos, założyciel GreenPeil, uważa, że umowę z Ukrainą należy odrzucić z trzech powodów: decyzja o jej zawarciu została podjęta arbitralnie, bez konsultacji z wyborcami; stanowi ona krok w kierunku członkostwa Ukrainy w Unii, czego większość Holendrów nie chce; porozumienie miałoby także wymusić wsparcie Kijowa przez Holandię w wojnie z Rosją.

– Ci, którzy tak stawiają sprawę, stali się obiektywnymi sojusznikami Putina – uważa VVD, główna partia rządzącej koalicji. To poważny zarzut po zestrzeleniu latem ub.r. przez rosyjskich separatystów boeinga malezyjskich linii lotniczych, w którym zginęło 193 Holendrów.

Holenderskie społeczeństwo jest jednak mocno sceptyczne wobec integracji już przynajmniej od dziesięciu lat. To porażka referendum we Francji i Holandii doprowadziła w 2005 r. do upadku pomysłu europejskiej konstytucji. Był to spóźniony protest przeciwko poszerzeniu rok wcześniej Unii o dziesięć nowych państw.

Także tym razem przeciwników umowy popiera wpływowa, populistyczna Partia Wolności Geerta Wildersa.

– Jeśli Roos wygra referendum, holenderski rząd będzie musiał wymóc ograniczenie umowy z Ukrainą do zapisów czysto handlowych – mówi „Rz" Adrian Schout, ekspert Holenderskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Mimo nacisków Kijowa w porozumieniu nie zawarto nawet ogólnej obietnicy członkostwa. Znalazły się w nim jednak zapisy o przyjęciu przez Ukraińców niemal w całości unijnego prawa, co teoretycznie może zwiększyć kiedyś szansę kraju na przystąpienie do Wspólnoty.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już 28 września

Dowiedz się więcej

Od początku tego roku Bruksela jednostronnie częściowo otworzyła swój rynek na ukraińskie produkty. Ale Ukrainie niewiele to pomogło: w ciągu ośmiu pierwszych miesięcy tego roku łączny eksport kraju załamał się o 34 proc. w stosunku do poprzedniego roku. Katastrofalny spadek sprzedaży do Rosji, która z 67 mld USD rocznie została zredukowana do 22 mld, nie został zrekompensowany znaczącym wzrostem sprzedaży do Unii.

– Efekt tej umowy nie jest bardzo dobry. Na razie odczuwamy bardzo mało korzyści. Nasze przedsiębiorstwa nie mają kontaktów na rynkach europejskich tylko w Rosji, taka była tradycja – mówiła niedawno „Rz" minister finansów Natalie Jaresko.

Ukraina teoretycznie mogłaby postawić na eksport produktów spożywczych: ma po temu doskonałe warunki geograficzne. Jednak z powodu bardzo restrykcyjnych kwot narzuconych przez Brukselę, w tym roku Ukraińcy zarobili na sprzedaży przetworów żywnościowych ledwie 2 mld euro.

Koszt umowy z Brukselą, przynajmniej na krótką metę, może być dla Kijowa jeszcze wyższy. Premier Dmitrij Miedwiediew ostrzegł, że jeśli umowa wejdzie w życie 1 stycznia w obecnej postaci, Rosja nałoży blokadę na import towarów z Ukrainy.

– Jeśli tak się stanie, damy temu godny odpór – ostrzega premier Arsenij Jaceniuk. To sugestia wojny handlowej.

Już teraz wiadomo, że 25 października oba kraje wstrzymają wszelkie bezpośrednie połączenia lotnicze.

Napięte stosunki handlowe z Rosją przyczyniają się do katastrofalnych wyników gospodarczych Ukrainy. Zdaniem MFW w tym roku ukraińska gospodarka, jedna z najsłabszych w Europie, skurczy się aż o 11 proc.