Czy porozumienie może jednak ocalić UE przed dalszym rozkładem? Diabeł tkwi w szczegółach, w umowie między EPP i ALDE są ogólniki. Choć nie tylko w stylu „potrzebujemy [prawdziwego] przywództwa", także poważniejsze, jak zapowiedź wcielenia w życie planów wspólnej polityki gospodarczej państw członkowskich. Właściwie – i to niedobry sygnał dla Polski – ograniczyłoby to Unię, którą ratować chcą unijni chadecy i liberałowie, do strefy euro. Choć nie mówią tego w dokumencie tak jednoznacznie.

Kolejny niedobry sygnał dla Polski to plany wynalezienia jakiegoś nowego urządzenia do badania zawartości demokracji liberalnej w krajach członkowskich. Taka perspektywa na pewno nie zachęci polskich władz do przyłączenia się do chadecko-liberalnej walki o ratowanie Europy. W kontekście tak ponoć istotnych dla nowych sojuszników wartości europejskich intryguje to, że człowiek, dla którego zawarto porozumienie – nowy szef PE Antonio Tajani – jest politycznym dzieckiem Silvia Berlusconiego. Badany demokracjomierzem Berlusconi raczej nie wypadłby dobrze, choćby dlatego, że toczył boje z włoskim wymiarem sprawiedliwości, opanowanym jego zdaniem przez wrogich postępowców, oraz był jednocześnie premierem i właścicielem mediów, które powinny kontrolować jego działania.

Porozumienie jest skierowane przeciwko „populistom i nacjonalistom, którzy chcą zniszczyć Unię". Nie ma ich listy, PiS nie musi się obrażać. I się nie obraził, bo poparł Tajaniego. W niektórych unijnych krajach, gdzie premier jest z partii liberalnej należącej do ALDE, populiści są traktowani jako główny nurt, współodpowiedzialny za państwo i Europę. Tak jest w Finlandii.

Przydałby się, nie tylko w Parlamencie Europejskim, wyraźny podział partii antyestablishmentowych – na dobre i złe. Bo nie wszystkie naprawdę chcą i mogą – jak francuski Front Narodowy – rozmontować Unię.