Walka o głosy wyborcze jest szczególnie zacięta na wschodzie Niemiec. To matecznik postkomunistów z ugrupowania Die Linke (Lewica) oraz antyimigracyjnej Alternatywy dla Niemiec (AfD).

Wprawdzie oba ugrupowania mają w sondażach podobne wyniki, jednak to AfD wydaje się być na fali. Postkomuniści powoli tracą bowiem głosy. Ich tradycyjny elektorat to ludzie rozczarowani zmianami ustrojowymi na wschodzie po zjednoczeniu Niemiec. Po prawie trzech dekadach wciąż mają pretensje do rządzących o niższe emerytury i płace oraz wyższe przez lata bezrobocie, które było jedną z przyczyn przeprowadzki do zachodnich landów prawie 4 mln mieszkańców byłej NRD.

Jak wynika z sondaży, na postkomunistów zamierza głosować w skali kraju 8–10 proc. wyborców. Cztery lata temu Die Linke zdobyła 8,6 proc. głosów. To mniej niż rekord z 2009 roku, kiedy to za postkomunistami opowiedziało się 11,6 proc. Niemców. Na wschodzie Niemiec partia uzyskała prawie 30 proc. głosów, cztery lata później już tylko 23 proc. Niewykluczone, że w tym roku wyborczym wyniki będą jeszcze słabsze.

Postkomuniści mają niewielkie wsparcie na zachodzie kraju. Partia ma swoich przedstawicieli zaledwie w czterech z jedenastu parlamentów zachodnich landów. W wyborach lokalnych w liczącej prawie 18 mln mieszkańców Nadrenii Północnej-Westfalii (NRW) postkomuniści nie zdołali pokonać 5-proc. progu wyborczego. Może to być zapowiedź początku politycznego końca Die Linke. Na razie na zachodzie.

Na wschodzie tymczasem Die Linke zagraża AfD. – To partia półnazistów – przekonuje Sahra Wagenknecht, komunistka i liderka Lewicy, zwracając uwagę na obecność we władzach AfD sympatyków skrajnej, faszyzującej prawicy z trochę zapomnianej Narodowodemokratycznej Partii Niemiec (NPD). Wśród nich są takie osoby jak Alexander Gauland, lider AfD, który kilka dni temu zaapelował, aby Niemcy poczuli wreszcie dumę z osiągnięć niemieckich żołnierzy na frontach II wojny. Kilka miesięcy temu inny z członków AfD Björn Höcke nazwał berliński pomnik żydowskich ofiar Holokaustu „pomnikiem hańby".

Takie słowa, którym towarzyszą rasistowskie wypowiedzi pod adresem uchodźców i imigrantów, wykluczyły AfD jako potencjalnego koalicjanta pozostałych ugrupowań. Partia ma jednak wielu wiernych zwolenników – i to nie wyłącznie na wschodzie. W niedawnych wyborach do landtagu Nadrenii Północnej-Westfalii zdobyła 7,6 proc. głosów. Od chwili powstania cztery lata temu idzie jak burza i jest już obecna w parlamentach 13 z 16 niemieckich landów. W niektórych, jak w Saksonii Anhalt (w byłej NRD), zdobyła ponad 20 proc. głosów.

Sukces ten AfD odniosła w szczycie zeszłorocznego kryzysu imigracyjnego, który stał się motorem napędowym partii. Powstała ona bowiem w akcie sprzeciwu wobec polityki wsparcia przez niemieckich podatników Grecji i innych pogrążonych w kryzysie państw.

AfD liczyć może dzisiaj na ok. 10 proc. głosów. – Wynik wyborczy będzie zapewne znacznie lepszy, gdyż wielu sympatyków AfD nie ujawnia preferencji w sytuacji, gdy Alternatywa została wyklęta przez elity polityczne – zwraca uwagę Jochen Staadt, politolog z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie. Nie jest wykluczone, że AfD stanie się trzecią siłą polityczną w Niemczech i wprowadzi do Bundestagu 60–80 deputowanych. A to będzie oznaczać historyczny sukces skrajnej prawicy. ©?