„Rzeczpospolita”: Tragedia w Jarosławiu wstrząsnęła całą Polską, a w sposób szczególny – Podkarpaciem. Jakie nastroje panują obecnie wśród mieszkańców okolic?

Marcin Piotrowski: Napięcie jest odczuwalne od pewnego czasu, szczególnie u nas, na pograniczu. Sytuacja w pewien sposób nas „grilluje” – ciągłe alarmy, komunikaty Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, syreny i potencjalne zagrożenia powodują, że w społeczności panuje duże napięcie, a nastroje są bardzo niepewne, sięgające wręcz elementów paniki. Ostatnie dni były dla wielu osób psychicznie niezwykle trudne – od obaw o dzieci w szkołach po sytuację, która wyraźnie dolewa oliwy do ognia, potęguje niepewność i wyrywa ludzi z poczucia bezpieczeństwa.

Czy w relacjach międzyludzkich na pograniczu da się już odczuć rezerwę lub strach?

Na wydarzenia w Jarosławiu patrzymy z przerażeniem. Jednak równie olbrzymi strach budzi we mnie to, co dzieje się w Internecie. Widać tam wywołany efekt psychologiczny, gdzie jedno zło sprowokowało dodatkową lawinę zła i agregat nienawiści.

Atak w klasztorze w Jarosławiu i napięcia na pograniczu

Zwłaszcza na platformie X, od pierwszych godzin po tragedii wrze. Widzimy skrajne emocje, mowę nienawiści i próby politycznego wykorzystania zdarzenia. Jak mocno ten internetowy przekaz rezonuje w rzeczywistym świecie?

To jest bardzo mocny cios. Przy okazji tej tragedii wykorzystano i dodatkowo podgrzano wszystkie stereotypy funkcjonujące obecnie w społeczeństwie. Stało się to na tak wrażliwym i trudnym terenie jak Podkarpacie, które jest konserwatywne i mniej postępowe, gdzie to, co się mówi i pisze, wywiera na ludzi ogromny wpływ. Jak mawiała moja babcia: skoro coś zostało napisane, to musi być prawdą – i ludzie coraz bardziej w to wierzą. Echa tego przekazu odbijają się bardzo szeroko.

Mamy tu do czynienia ze wszystkimi elementami wrażliwymi dla tej społeczności. Po pierwsze, nastąpił atak na księży i Kościół, który w tym regionie wciąż jest silną instytucją. Podczas gdy w innych częściach Polski widoczny jest spadek liczby osób uczęszczających na nabożeństwa, na Podkarpaciu ta religijność jest nadal żywa.

Czytaj więcej

Atak nożownika w klasztorze w Jarosławiu. Prezydenci Polski i Ukrainy potępiają zbrodnię

Kolejnym elementem jest fakt, że od razu podano informację, iż sprawcą jest obywatel Ukrainy. To również silnie wpływa na świadomość, ponieważ idzie za tym akcentowanie słowa „Ukrainiec”. W przekazie nie pojawia się już człowiek jako jednostka – tworzy się z tego akt zbiorowy, co dolewa oliwy do ognia polsko-ukraińskiej nienawiści. Szczególnie na tym terenie, który profesor Timothy Snyder nazwał w swojej książce „strefą krwi” (Bloodlands). Mowa o obszarach, na których krew lała się przez pokolenia. W sieci już widzimy odwołania do rzezi wołyńskiej czy użycia noży. Te symbole wykorzystane w samym ataku są z premedytacją używane do budowania historycznych paralel.

Trzecim czytelnym elementem jest fakt, że ataku dokonał młody mężczyzna, co natychmiast wywołuje pytania, dlaczego nie ma go na froncie. To wpisuje się całkowicie w określoną narrację. Choć nie ma żadnych dowodów na to, że był to atak pod obcą flagą, Rosja oraz zwolennicy tej narracji wykorzystują zaistniałą sytuację w stu procentach. To jeden z najtrudniejszych momentów dla nas – społeczników i ludzi próbujących budować mosty polsko-ukraińskie, co nie jest proste ani w Polsce, ani w Ukrainie. Musimy dogłębnie przemyśleć naszą reakcję.

Obywatel Ukrainy sprawcą ataku. Jak uniknąć odpowiedzialności zbiorowej?

Poświęcili Państwo – jako Fundacja Folkowisko – ogrom pracy na rzecz odbudowy relacji polsko-ukraińskich. Jak w obliczu tego dramatu chronić lokalne społeczności przed odpowiedzialnością zbiorową?

Bardzo się tego obawiam. W samym Jarosławiu uczy się około 120 ukraińskich dzieci, które mieszkają w bursie i nie mają na miejscu opieki rodziców – to młodzież, którą znamy i z którą pracujemy. Spotykają się one z różnymi aktami agresji.

Jako społeczność działająca lokalnie pracujemy już nad odpowiedzią. Chcemy zorganizować spotkanie znanych nam społeczników i zastanawiamy się nad inicjatywą marszu milczenia połączonego z modlitwą. Miałaby to być forma sprzeciwu wobec przemocy i panującej dezinformacji – wydarzenie wspólnotowe, ponad podziałami i narodowościami, z udziałem kapelanów różnych wyznań, gdyż oni również stali się ofiarami tej tragedii. W Jarosławiu znajduje się także cerkiew.

Jesteśmy niemal na granicy nastrojów linczowych czy wręcz pogromowych. Oby nie doprowadziło to do przekroczenia granic zdrowego rozsądku, bezpieczeństwa i uzasadnionego sprzeciwu. Obawiam się, że czyn pojedynczej osoby odbije się olbrzymim echem na zwykłych obywatelach Ukrainy, których są u nas miliony.

Nawiązując do cytatu z Pana babci – że to, co napisane, ludzie uznają za prawdę – jak powinniśmy dziś opowiadać o tej tragedii? Gdzie przebiega granica między rzetelnym opisywaniem faktów a podsycaniem emocji?

Sami się nad tym zastanawialiśmy, analizując pierwsze nagłówki i clickbaitowe tytuły. Wszędzie akcentuje się fakt, że sprawcą jest 31-letni Ukrainiec. Nie wiem, czy przy tego typu zbrodni narodowość ma kluczowe znaczenie. Wiem, że nie można tego ukrywać, jednak nie znamy jeszcze podłoża tego czynu – czy miało ono charakter psychiczny, czy narodowościowy. Tego typu nagłówki świetnie się jednak klikają i sprzedają.

Jesteśmy w trudnym momencie historycznym, w którym mówi się nam, że stoimy na skraju wojny, a wręcz że ta wojna już trwa – z tą różnicą, że toczy się ona o nasze serca i umysły, a nie bezpośrednio na polu walki. Rosyjskie helikoptery nie wjadą do Przemyśla czy Jarosławia, ale mentalnie wjechały już do naszych głów poprzez Internet i sprofilowane informacje. Głównym źródłem informacji stał się smartfon i sieci społecznościowe, które zamykają nas w bańkach informacyjnych. Gdy raz kliknie się w artykuł o tragedii w Jarosławiu, algorytmy wypełniają nimi cały strumień wiadomości, wciągając odbiorców w coraz bardziej sensacyjną narrację.

Czytaj więcej

Ambasada Ukrainy potępia atak w Jarosławiu. „Nie pozwólmy, by ból przerodził się w nienawiść”

Najsilniej przyciągają uwagę odbiorców trzy elementy: tragedia, seks i znane osoby (ewentualnie również zwierzęta). Mechanizmy te zostały wykorzystane, a my sami dajemy się łapać w tę sensacyjną narrację. Potrzebujemy w tej kwestii współodpowiedzialności za słowa i czyny. Działania dezinformacyjne i hybrydowe mają grać na emocjach, wyłączać myślenie i zadawać głębsze rany niż te fizyczne.

Zastanawiam się wręcz metaforycznie, czy ten nóż nie był trzymany przez innego sprawcę. Nie mamy na to dowodów, ale skala rażenia wywołanego efektu jest olbrzymia. Ludzie – zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, gdzie brakuje dostępu do alternatywnych źródeł informacji czy przestrzeni do konfrontowania opinii – wierzą w to, co przeczytają. W środowiskach, gdzie obcy bywa postrzegany jako zagrożenie, ta sytuacja medialnie to zagrożenie potwierdziła.

Trauma wojenna i wsparcie psychologiczne dla Ukraińców w Polsce

Czy ta sytuacja oraz jej konsekwencje odsłaniają systemowe luki – np. w opiece psychologicznej, wsparciu dla migrantów w kryzysie czy w lokalnym zarządzaniu kryzysowym na pograniczu?

Zdecydowanie tak. Społeczność ukraińska jest od lat dotknięta doświadczeniem wojny. Mówimy o grupie z olbrzymim odsetkiem osób bezpośrednio uczestniczących w działaniach wojennych – od żołnierzy po cywilów ewakuowanych ze stref walki. Zespół stresu pourazowego (PTSD), zaburzenia psychologiczne i traumy dotyczą obecnie milionów Ukraińców.

Moja babcia nie pamiętała imion swoich wnuków, ale potrafiła szczegółowo opowiedzieć niemal każdy dzień z czasów II wojny światowej. Śmierć jej brata, żołnierza Armii Krajowej, który zginął w walkach z Ukraińcami, zawsze wywoływała w niej ból i łzy. Rany psychiczne bywają znacznie głębsze niż rany zadane nożem – to niezwykle trudny obszar, nad którym trzeba pracować. Jako Stowarzyszenie Folkowisko staramy się to robić, prowadząc wsparcie psychologiczne dla osób, które straciły bliskich na wojnie. Obawiam się jednak, że sama Ukraina sobie z tym problemem nie poradzi.

Czytaj więcej

Tomasz Terlikowski: Nie wolno nam pozwolić na eskalację nienawiści do Ukraińców. Kościół powinien zabrać głos po tragedii w Jarosławiu

W Polsce przebywają liczne grupy osób pochodzenia ukraińskiego. Musimy intensywnie pracować ze społecznością ukraińską, aby nie dawała się wciągać w tego typu prowokacje. W obecnej sytuacji najskuteczniejszą bronią w walce z polskim wsparciem dla Ukrainy stają się pojedynczy obywatele ukraińscy, którzy dają się zwerbować lub wciągnąć w działania destrukcyjne – czy to za pieniądze, czy w wyniku manipulacji psychologicznych. Każdy taki akt, jak ten w Jarosławiu, ma większą skalę rażenia w świadomości i umysłach ludzi niż wybuch rakiety czy dronów.