Ubiegłotygodniowa manifestacja służb mundurowych w Warszawie zgromadziła ok. 30 tys. funkcjonariuszy - większość to policjanci, którzy przyjechali z całego kraju. Żądali podwyżek, korzystniejszych emerytur, płatnych zwolnień lekarskich.
Do tego dochodzą flagi, firma wynajęta do nagłośnienia, piętrowy autokar służący za mobilne biuro, telebim czy naklejki - identyfikatory na pojazdy - te ostatnie to ok. 10-20 tys. zł na województwo. Są jeszcze opłaty za parkowanie (30 tys. - 50 tys. zł) posiłki, zaproszenie szefów związków z zagranicy.
Dziś, wśród policyjnych związkowców pojawiły się wątpliwości czy było warto.
- Ludzie wyładowali emocje, frustracje na tym proteście. A teraz u wielu przyszła refleksja, że może przelicytowaliśmy - mówi nam jeden z policjantów zaangażowany w organizowanie manifestacji.
Wątpliwości czy droga demonstracja była potrzebna jest tym większe, że przed demonstracją szef MSWiA Joachim Brudziński deklarował zgodę na cztery kluczowe żądania służb mundurowych - zniesienie warunku wieku (55 lat) przy przechodzeniu na emeryturę (zostałoby 25 lat służby), zwolnienia L4 płatne dla policjantów "liniowych". Godził się też płacić za nadgodziny, i oferował podwyżkę - w styczniu i w lipcu przyszłego roku - łącznie ok. 610 zł. Związkowcy chcieli 650 zł jednorazowo. Spór toczył się o ok. 100 zł.