W serialu „Wojna zastępcza”, opowiadającym o początkach Urzędu Ochrony Państwa, młodych funkcjonariuszy werbuje szef UOP Roman Sadowski. Trafiają do szkoły w Starych Kiejkutach. Na ile prawdziwie zostały pokazane realia takiego szkolenia?

Obraz jest wypaczony i to delikatne określenie. Pokazana jest karykatura szkolenia. Nic nie jest prawdziwe. Robi się niepoważnie, gdy szef UOP idzie do gabinetu dentystycznego, by zrekrutować człowieka do służby. Poza tym mamy do czynienia z pomieszaniem UOP z innymi jednostkami organizacyjnymi, służbami mundurowymi, czy Siłami Zbrojnymi. W filmie szkolenie prowadzi żołnierz w mundurze WSW, przecież to absurd, kłamstwo. Ośrodek Kształcenia Kadr Wywiadu podlegał pod Zarząd Wywiadu UOP.

Pokazana została pracownia, gdzie znajdowały się urządzenia do instalowania podsłuchów. Na ile oddaje to realia prawdziwego szkolenia?

Nieprawdą jest istnienie pomieszczenia z butelkami, w których są zapachy. To jest aż śmieszne w swojej głupocie. W serialu są pokazane tylko elementy, o których znaczeniu można się domyśleć. Nie jest tajemnicą, że każdy oficer wywiadu przechodzi wielostopniowe szkolenie np. z wykonywania fotografii, instalowania podsłuchów, łączności. To nie jest nic odkrywczego, ale pokazanie tego w taki sposób, jak w tym serialu, wygląda po prostu kuriozalnie. Kadra szkoląca adeptów wywiadu pokazana jest jako tępi oficerowie rodem z czasów UB z lat. 50. To wielce obraźliwe dla wielu moich kolegów i koleżanek, którzy zajmowali się i zajmują szkoleniem w tym ośrodku. 

Czy na początku lat 90. XX wieku UOP rekrutował osoby bez żadnego doświadczenia wojskowego, czy policyjnego do zadań wywiadowczych o najwyższym stopniu ryzyka, jak sugeruje fabuła?

Tak, ja taką rekrutację przeszedłem. Ale nie wyglądała ona tak, że szef UOP szukał kandydatów na mieście, czy w gabinecie dentystycznym. Rekrutacja do służb jest procesem bardzo złożonym. Brane są pod uwagę wykształcenie, znajomość języków, predyspozycje psychofizyczne, odbywają się badania medyczne i psychologiczne. Tworzy się profil takiej osoby. To jest bardzo długi, trwający wiele miesięcy proces. Podobnie jak szkolenie.

Czytaj więcej

Rosyjska fala sabotażu w Europie. Polska najbardziej narażona

Główną osią fabuły jest kradzież głowic jądrowych przez stacjonującego w Legnicy rosyjskiego generała Dubynina. Młodzi funkcjonariusze muszą temu zapobiec. Na ile jest to fikcja, na ile byłoby możliwe?  

To jest fikcja. Rosjanie, czy Sowieci, bo to był okres przejściowy, bardzo pilnowali głowic, bo nie chcieli, aby dostały się w ręce innych państw, np. nie zostały na  Ukrainie. W tamtym czasie dla Zachodu ZSRR, czy potem Federacja Rosyjska były partnerem, z którym podpisywano traktaty, porozumienia dotyczące nierozprzestrzeniania głowic nuklearnych. Zatem to, co widzimy w tym filmie to kolejna bajka.

Zdaniem twórców filmu głowice jądrowe miały być ukryte w katakumbach kościoła w Warszawie.

Dokładnie w kościele pokamedulskim na Bielanach, w Lasku Bielańskim, gdzie był realizowany film, o ile dobrze rozpoznałem. Wygląda na to, że twórcy serialu nic nie słyszeli o detekcji promieniowania radioaktywnego na terenie naszego kraju. Abstrahuję od ukrywania broni jądrowej w grobowcach, to absurdalnie wygląda też pokazana śmierć człowieka, który ma ich pilnować. To kolejna niekonsekwencja.

Czy w 1991 r., podczas wycofywania wojsk sowieckich z Polski, UOP mógł prowadzić działania przeciwko rosyjskim generałom na terenie naszego kraju, ryzykując starciem politycznym?  

Oczywiście, że nie. Negocjacje związane z wycofaniem wojsk sowieckich z Polski, traktowane były przez Polskę bardzo poważnie, bo była to bardzo delikatna sprawa. Dla nas priorytetem było to, żeby się ich pozbyć, a wszelkie próby zaogniania sytuacji, jakie autor serialu chciał pokazywać, spowodowałyby przeciwny skutek. Dlatego rozmowy odbywały się w atmosferze pokojowej. W związku z tym wszelkie wybryki – działania kinetyczne, bojowe, w tamtym czasie należy włożyć między bajki. Inną sprawą jest fakt, że Rosjanie wycofując się z Polski, zostawili tu swoje aktywa operacyjne związane z wywiadem.

Zwraca Pan uwagę, że serial razi brakiem profesjonalizmu w kwestiach faktograficznych, ale wplątano w nie także wątki polityczne, są też wstawki z filmów dokumentalnych z tamtej epoki. Gdy fikcja jest nałożona na rekonstrukcję niemal dokumentalną, np. wojnę na Bałkanach, mamy krok do powstania dezinformacji.

Moim zdaniem ten serial to jedna wielka dezinformacja i inspiracja. Jest bardzo prorosyjski, a wręcz antypolski. Powiem wprost: moim zdaniem jest szkodliwy dla bezpieczeństwa państwa. Powinien zostać zdjęty z anteny, a decydenci, którzy go wprowadzili i w ogóle dopuścili do realizacji powinni podlegać rozpracowaniu służb kontrwywiadowczych i antykorupcyjnych. Podkreślę, serialu w telewizji publicznej!

Czytaj więcej:

Magazyn o biznesie Faliński: Polska była kiedyś istotnym graczem na Bliskim Wschodzie

Pro

Dlaczego?

Ośmiesza funkcjonariuszy polskich służb specjalnych, pokazuje ich wręcz jako głupków, którzy w czasie wizyty w zagranicznym hotelu kradną szampony, skaczą po łóżku, a służby działają na żenująco niskim poziomie. Pokazuje oficerów, którzy są niesprawni fizycznie, a szef UOP mieszka z narkomanką, albo spotyka się z informatorem na bazarze Różyckiego w Warszawie, gdzie dochodzi do zamachu na niego. Przekaz podprogowy jest jednoznaczny –  oficerowie polskich służb specjalnych to banda amatorów. Przypomnę, że zdaniem wielu ekspertów nasz wywiad znajdował się w tych czasach w czołówce tego typu służb na świecie. Ze swoimi ograniczeniami kadrowymi prowadziliśmy operacje na poziomie globalnym.

W Polsce powoływane są komisje czy kolejne gremia, które mają walczyć z dezinformacją i wojną informacyjną w cyberprzestrzeni. Tymczasem w telewizji publicznej, w primetimie w niedzielę pokazywana jest na pełną skalę dezinformacja zgodna z rosyjskim przekazem.

Pojęcie wojna zastępcza, a taki tytuł nosi serial, w rosyjskiej doktrynie wojskowej oznacza rozszerzanie strefy wpływów bez bezpośredniej konfrontacji militarnej z Zachodem. Tymczasem, my na ekranach telewizorów widzimy romans pięknej rosyjskiej oficer GRU z oficerem UOP.

Rosjanka, doskonale wyszkolona, niemal maszyna do zabijania, bardzo ładna, stabilna psychicznie, spostrzegawcza, opanowana, normalna. No i polski wywiad, który współpracuje z rosyjskim na Bałkanach. Słowem jest sympatycznie, kochamy się, bo oni sobie razem imprezują i prowadzą wspólne działania, uwalniając porwaną dziewczynkę, ratując rannych. Obraz taki zawsze świetnie się sprzedaje w kinie, a że jest wspólne ratowanie przez Polaków i Rosjan. Do tego polski premier, który pokazany jest jakby był niespełna rozumu. Przypomnę, że wysłannikiem na Bałkany był premier Tadeusz Mazowiecki.  Zwróćmy uwagę, że w tym serialu obraz rosyjskich oficerów wywiadu jest taki, że oni działają bardzo profesjonalnie, a do tego mężczyźni to przeważnie przystojni faceci. Wszystko jest uporządkowane, przebiega bez zakłóceń, zgodnie z planem.

A polscy oficerowie działają jakby w jakimś chaosie, szarpią się z zastaną rzeczywistością.

- Tak, szukają zasięgu sieci, chodząc z telefonem w ręku podniesionym do góry.

Czytaj więcej

Korowaj: Rosja może zagrozić krajom bałtyckim, ale jej celem będzie raczej Kaukaz

I są chłopcami na posyłki. Bo oficer CIA - oczywiście siedzący z nogami opartymi na biurku, rzuca im na stół plik banknotów i wydaje polecenie realizacji operacji zwerbowania agenta w Ukrainie.

Tak, to są chłopcy z ferajny. Wygląda, jakby przyszedł jakiś gangster i rzucił swoim, tak zwanym żołnierzom, jakiś ochłap. To znamy z filmów. Ale tak nie wygląda rzeczywistość. Wiele można byłoby mówić, ale amerykańskie służby są naszymi partnerami i po partnersku nas traktują. To kolejny policzek nie tylko dla polskich oficerów służb specjalnych, ale i także amerykańskich. To kto na tym zyskuje podprogowo?

W tym serialu jest scena, gdy aktor grający oficera UOP śledzi kogoś w Sarajewie przebrany podobnie jak Borat (niezbyt rozgarnięty bohater amerykańskich filmów komediowych – red.). W ten sposób serial ośmiesza naszych funkcjonariuszy. To też pokazuje elementarny brak wiedzy twórców serialu o tym, jak są prowadzone działania operacyjne, w tym obserwacja. Ten film przypomina słabą komedię

Czy ten serial powinien być kontynuowany?

Jeżeli będziemy emitować w publicznej telewizji, za publiczne pieniądze dezinformację, to jakie my mamy szanse w starciu z takim przeciwnikiem, jakim jest Rosja i jej służby? Według mojej wiedzy reżyser i współscenarzysta pochodzący z byłej Jugosławii rozpoczął studia filmowe w Moskwie. Abstrahuję od tego, że pojawiają się w serialu elementy, które mogą stanowić plagiat z powieści szpiegowskich np. „Obcy horyzont”, czy „Operacja Rafael”. Moim zdaniem sprawą powinien się zainteresować kontrwywiad ABW. Bo serial ten jest szkodliwy dla bezpieczeństwa państwa. Robi wodę z mózgów Polakom. Autorzy filmu fabułę wstawili w konkretne realia polityczne, opisują działania polskiej służby specjalnej – UOP. Jeżeli chcieli stworzyć fikcję mogli wstawić w fabułę wymyśloną instytucję np. Agencję Bezpieczeństwa Narodowego. Wtedy wyglądałoby to zupełnie inaczej.

były oficer Agencji Wywiadu, absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Wars

Marcin Faliński

były oficer Agencji Wywiadu, absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Karierę rozpoczynał jako dziennikarz „Życia Warszawy” (1992), a od 1993 roku służył w Urzędzie Ochrony Państwa, później w Zarządzie Wywiadu i Agencji Wywiadu. Po zakończeniu służby zajął się pisaniem powieści szpiegowskich.

Foto: Materiały prasowe/Czarna owca