Porażką zakończyło się dwuipółletnie śledztwo dotyczące kontrowersyjnej resocjalizacji więźniów w Komendzie Wojewódzkiej Policji (KWP) w Krakowie. Wszystkie wątki umorzono.
– Z powodu niewykrycia sprawcy, braku dowodów oraz braku znamion przestępstwa – przyznaje Daniel Prokopowicz, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Kielcach.
Sprawę, która wywołała burzę jesienią 2014 r., ujawniła „Rzeczpospolita".
Do Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie więźniów wpuściło ówczesne jej kierownictwo, zatrudniając ich – na mocy umowy ze Służbą Więzienną – do prac porządkowych i drobnych remontów. Załapał się nawet gangster skazany za zabójstwo. – To jak wpuszczenie lisa do kurnika – komentowali policjanci,
Więźniów dowożono rano w grupach do dziesięciu osób. Nie tylko sprzątali komendę i naprawiali sprzęty, ale też ćwiczyli bicepsy w policyjnej siłowni i korzystali ze stołówki.
Afera wybuchła we wrześniu 2014 r. Okazało się, że więzienni pracownicy są pod wpływem narkotyków, a w szatni, w skrytce pod podłogą, ukryli 50 naboi i telefon komórkowy. Co ustalono w śledztwie? – U czterech więźniów wykryto THC, co oznacza, że byli pod wpływem marihuany – mówi prok. Prokopowicz.
Samych narkotyków przy nich nie znaleziono. Nie można im więc było postawić zarzutu posiadania narkotyków. Sami skazani na przesłuchaniu twierdzili, że widocznie „ktoś ich poczęstował papierosem z marihuaną", i zapewniali, że jeśli zażyli, to „nieświadomie".
Prokuratorom nie udało się ustalić, kiedy więźniowie się odurzyli i kto im dostarczył skręty. Fiaskiem zakończyło się również ustalanie, kto do komendy wniósł naboje i telefon komórkowy.
– Były to naboje kaliber 5,6 mm Long Rifle, produkcji polskiej, sprawne, bo z części dokonano odstrzału – mówi prok. Prokopowicz.
Nie udało się znaleźć właściciela telefonu, którego więźniowie nie powinni mieć.
Prokuratorzy sprawdzili billingi. I choć trudno w to uwierzyć, nawet przesłuchanie osób, do których dzwoniono z aparatu, nie pozwoliło ustalić, do kogo należy.
Wytłumaczeniem, kto mógł dostarczyć więźniom marihuanę, telefon i amunicję, mogło być zbadanie wątku nadzoru nad więźniami podczas ich resocjalizacji w komendzie. Jednak i te zabiegi zakończyły się porażką.
Policjanci, którzy w nieoficjalnych rozmowach opowiadali „Rzeczpospolitej", jak wyglądała resocjalizacja, twierdzili, że skazani swobodnie poruszali się po budynku.
To oraz fakt, że więźniowie opuszczali teren komendy (czego nie wolno im robić), potwierdziło śledztwo.
– Na pewno jeden więzień wychodził poza teren komendy dwukrotnie, ale oddalał się na krótko – tłumaczy Daniel Prokopowicz.
Co wtedy robił? To wie sam skazany.
Więźniowie byli po marihuanie, wnieśli telefon, amunicję, ćwiczyli na policyjnej siłowni – a mieli sprzątać, wychodzili do miasta – brak nadzoru wydaje się oczywisty. Jednak zarzutu niedopełnienia obowiązków również nikt nie usłyszał. Powód?
– Bezpośredni nadzór nad więźniami sprawowało dwoje pracowników cywilnych policji. Nie byli funkcjonariuszami publicznymi, więc nie można było im postawić zarzutu niedopełnienia obowiązków – przekonuje prok. Prokopowicz.
Nie usłyszał go też policjant, bo nie nadzorował, lecz tylko odpowiadał za wykonanie umowy ze Służbą Więzienną.
Tymczasem przez pracę resocjalizowali się nie tylko drobni złodzieje.
W tym gronie był np. Jacek P., skazany na 15 lat (bo wsypał kompanów), z gangu kantorowców – grupy, która z zimną krwią zabijała właścicieli kantorów, tropionej przez krakowskich policjantów.
Zresztą w komendzie mówiono, że zamiast alimenciarzy podesłano im groźnych przestępców. Jeden z policjantów na siłowni stanął twarzą w twarz z bandytą, którego pamiętał z gangu kantorowców.
Kontrowersyjną resocjalizację wstrzymano. Ówczesny szef KWP Mariusz Dąbek zapewniał, że skazani nie poznali tajemnic policyjnych.
Nasi rozmówcy twierdzili, że po aferze wymieniono rejestracje aut, bo z niektórych korzystali funkcjonariusze pracujący pod przykryciem.
masz pytanie, wyślij e-mail do autorki: g.zawadka@rp.pl