Z zasady plotek nie powinno się słuchać, jednak stare przysłowie mówi, że w każdej plotce jest źdźbło prawdy, a jak pisała Trudi Canavan, problemem jest, jak je znaleźć. Dlatego czasem warto ich słuchać, a potem rozsądnie analizować.
Z jednej z plotek krążących po mieście wynika, że politycy związani z dawnym obozem władzy mają partyjny zakaz korzystania z pomocy adwokatów nieidentyfikujących się z tym obozem. Oczywiście to może być tylko plotka, ale faktem jest, że politycy zmagający się z zarzutami prokuratorskimi, którzy wcześniej korzystali z pomocy innych obrońców, zaczęli z nich rezygnować, udając się do tych, których interesy powiązane są z ich ugrupowaniem politycznym. Oczywiście poprzednia ekipa rządząca mogłaby podkreślić, że to optymalne rozwiązanie, bo wszystko, co najlepsze, a zatem i obrońcy, jest z tym obozem związane. Plotka krążąca po mieście głosi jednak, że taki wybór obrońców jest obowiązkowy i ma być to forma kontroli, by żadnemu z polityków w kłopotach nie przyszło do głowy pójść na współpracę z władzą i w zamian za korzyści procesowe zacząć zeznawać.
Czytaj więcej
Komisja prawna Parlamentu Europejskiego (JURI) zarekomendowała we wtorek uchylenie immunitetu Mariuszowi Kamińskiemu i Maciejowi Wąsikowi.
Immunitety i zarzuty
Mam oczywiście nadzieję, że to tylko plotka, ponieważ obowiązkiem adwokata jest bronić, co jest równoznaczne ze znajdowaniem dla swoich klientów najlepszych rozwiązań w danej sytuacji procesowej, a bycie strażnikiem określonej grupy z takim obowiązkiem może kolidować.
Z punktu widzenia technik obrony interesujące stają się sprawy polityków chronionych immunitetami. Stawianie im zarzutów karnych było dotychczas rzadkością, a obecnie staje się chlebem powszednim wymiaru sprawiedliwości. Różnica pomiędzy oskarżaniem zwykłego obywatela i parlamentarzysty polega na tym, że gdy prokuratura uzna, że istnieje materiał dowodowy do przedstawienia zarzutów osobie bez immunitetu, to albo się ją wzywa, albo zatrzymuje, co łączy się najczęściej z elementem zaskoczenia, a następnie po przesłuchaniu podejmuje decyzję co do ewentualnych środków zapobiegawczych.
Postawienie zarzutów politykom chronionym immunitetami musi być poprzedzone wcześniejszą zgodą Sejmu na uchylenie immunitetu i ewentualne aresztowanie. Przy takich wymogach osoba podejrzewana wie z wielodniowym wyprzedzeniem o zamiarach prokuratury i opracowywanych zarzutach i ma czas na przygotowanie obrony zarówno tej przed organami wymiaru sprawiedliwości, jak i przed sądem opinii publicznej.
W przypadku posła Marcina R., gdy inne sposoby zawiodły, taką formą uchronienia się przed aresztem była ucieczka na Węgry. Dariusz M., poseł z tego samego ugrupowania, oświadczył, że z tego rozwiązania nie skorzysta, chociaż, co ciekawe, prokuratura informowała, że do czasu aresztowania pozostawał w kontakcie z Marcinem R. A to może sugerować, że życie na banicji nie jest bajkowe i pobyt w areszcie może okazać się mniej dolegliwy od losu uciekiniera.
Żeby jednak tego aresztu uniknąć, jego taktyką obrony stało się zrzeczenie immunitetu i samodzielne zgłoszenie się do prokuratury w celu złożenia wyjaśnień. To zaś miało wskazać na brak zamiaru ucieczki i matactwa. Te działania, spektakularne dla opinii publicznej, z punktu widzenia proceduralnego były zwykłą zasłoną dymną. Poseł miał już świadomość, że wobec osób mających z nim współuczestniczyć w przestępstwie zostały zastosowane środki zapobiegawcze, a więc na tym etapie ich wina została uprawdopodobniona. Dlatego najważniejszym celem obrony było wyeliminowanie obawy matactwa. Prosta matematyka układu sił sejmowych wskazywała, że immunitet zostanie w tej sprawie uchylony, dlatego zrzeczenie się go nie było aktem heroizmu, ale prostą kalkulacją – i tak by został uchylony, a samo jego zrzeczenie nie groziło bezpośrednio posłowi aresztem, ponieważ do tego potrzebna była zgoda Sejmu, którą ten musiał przegłosować.
Interesujący był przebieg komisji regulaminowej i posiedzenia Sejmu w omawianej kwestii. Posłowi Dariuszowi M. postawiono zarzuty przestępstw przeciwko mieniu, co dotychczas w naszej kulturze łączyło się z ostracyzmem, a z wyjątkami od tej zasady spotykałem się przy sprawach zorganizowanej przestępczości, gdy otrzymanie podobnych zarzutów dodawało splendoru.
Na sali sejmowej poseł w trakcie procedowania wniosków o zgodę na areszt był czule ściskany przez członków swojej partii, co wychodziło poza zwykłą formę współczucia dla człowieka, który znalazł się w kłopotach, a stało się jawnym eksponowaniem solidaryzmu z człowiekiem podejrzewanym o przestępstwa przeciwko publicznemu mieniu.
To tylko groźba?
Występując przed komisja regulaminową, poseł Janusz Kowalski, protestując przeciwko zgodzie na uchylenie immunitetu, oznajmił, że przyjdzie taki czas, kiedy on i jego koledzy powrócą do władzy i przywrócą praworządność, a to przywracanie praworządności będzie polegać na tym, że ci, którzy oskarżają posła, sami za to odpowiedzą. Przewodniczący komisji ocenił to jako groźbę, ja zaś mam wątpliwości, czy to była tylko groźba, zwłaszcza że działanie to wpisywało się metodologię postępowań polityków tego ugrupowania.
Słowa te miały na celu zastraszenie osób, do których obowiązków należy ściganie sprawców przestępstw i doprowadzenie do tego, by tego ścigania zaprzestali. Warto rozstrzygnąć, czy takie słowa nie wychodzą poza ramy politycznej polemiki i nie są w istocie działaniami mającymi na celu utrudnianie lub uniemożliwianie postępowania karnego, mające na celu pomoc sprawcy w uniknięciu odpowiedzialności karnej, co w prawie karnym nazywa się poplecznicztwem. Niezależnie natomiast od wyników takiej oceny, ciekawość budzi, czy osoby, które najgłośniej bronią kolegów oskarżonych o pospolite przestępstwa, robią to w interesie społecznym czy w interesie zagrożonej grupy, której są członkami – a wtedy taka obrona kolegi w istocie staje się obroną własnego interesu.
Autor jest adwokatem, sędzią Trybunału Stanu