Naszą dzisiejszą pozycję gospodarczą i wypracowany przez dekady wzrost zbudowaliśmy częściowo w oparciu o gospodarkę rabunkową na zdrowiu pracowników?
Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy najpierw spojrzeć na fundamenty polskiego sukcesu po 1989 r. Niewątpliwie czynnikiem, który pchnął naszą gospodarkę na ścieżkę dynamicznego wzrostu, były ogromne zasoby pracy. Nie chodziło jednak tylko o samą liczbę rąk do pracy, ale o ich wysoką jakość – Polacy charakteryzowali się relatywnie wysokimi kompetencjami dzięki przyzwoitemu poziomowi szkolnictwa. Co więcej, w okresie poperlowskim wybuchły w nas ogromne aspiracje i gotowość do działania. Nasza zaradność w połączeniu z przedsiębiorczością, kapitałem zagranicznym i środkami unijnymi, dała nam potężny impuls.
Jeśli jednak przeanalizujemy to przez pryzmat zdrowia, sytuacja staje się bardziej złożona. Patrząc na statystyki historyczne, przez niemal cały okres transformacji obserwowaliśmy wydłużanie się średniej długości trwania życia, co mogłoby sugerować poprawę zdrowotnej kondycji społeczeństwa. Jednak ten trend załamał się na przełomie drugiej i trzeciej dekady obecnego wieku. Prawda jest taka, że choć wskaźniki epidemiologiczne pokazywały zmianę na korzyść, to duża część społeczeństwa przez dekady zapracowywała się, biorąc drugie i trzecie etaty i goniąc od jednej pracy do drugiej. Ta intensywna eksploatacja fizyczna i psychiczna ma dziś swoje poważne konsekwencje. Nasz awans cywilizacyjny okupiliśmy problemami ze zdrowotnością, które teraz zaczynają wyraźnie osłabiać nasz potencjał rozwojowy. Dotychczasowa poprawa statystyk wynikała głównie z rozwoju medycyny i systemów opieki medycznej. Postęp w farmacji, nowoczesne technologie medyczne, większe nakłady finansowe oraz zmiana nawyków i rosnąca świadomość zdrowotna zrobiły swoje. Jednak musimy zrozumieć, że ten model oparty na medycynie naprawczej właśnie dochodzi do ściany.
Czytaj więcej
To, co do niedawna traktowane było jako akademickie przestrogi, staje się faktem. Polacy coraz częściej zauważają, że wokół nich jest więcej osób s...
Dlaczego, skoro działał przez lata?
Po pierwsze, uderzamy w barierę kosztów; jako starzejące się społeczeństwo generujemy eksplozję wydatków, której systemy oparte na instytucjach takich jak NFZ, nie będą w stanie udźwignąć. Po drugie, nadmierna chemizacja życia i nadużywanie medykamentów doprowadziły do zjawisk takich jak antybiotykooporność czy mnożenie się zagrożeń wewnątrzszpitalnych. Ten kryzys jest powszechny, dotyka nawet najbogatsze kraje. W Polsce dodatkowo narastają dramatyczne nierówności zdrowotne – w obrębie jednego miasta, jak Łódź czy Warszawa, różnice w poziomie zdrowotności między dzielnicami są drastyczne. Jeszcze większe między regionami kraju. Musimy przyjąć do wiadomości, że poziom zdrowia tylko w 30 proc. zależy od medycyny i opieki medycznej. Pozostałe 70 proc. to czynniki pozamedyczne: środowisko, styl życia, wyżywienie i relacje międzyludzkie.
W przyszłości w większym stopniu niż lekarze i szpitale, o zdrowiu populacji będą decydowali urbaniści i architekci. To oni projektują przestrzeń, w której żyjemy – decydują o natężeniu zgiełku, bezpieczeństwie, poziomie oświetlenia czy dostępie do zieleni.
Wiele z tego, co dawniej uznawaliśmy za awans cywilizacyjny, dziś pokazuje swoje negatywne, stresogenne oblicze. y, a nie tylko w gabinetach lekarskich. Jeśli nie zaczniemy projektować naszego życia zbiorowego pod kątem zdrowia, a nie tylko wskaźników ekonomicznych i efektywności, to nie odnajdziemy nowej ścieżki rozwoju.
Jak w tym kontekście wygląda kwestia podaży i efektywności pracy?
Musimy sobie to powiedzieć z pełną odpowiedzialnością: większych zasobów pracy niż te, którymi dysponujemy obecnie, po prostu nie będziemy mieli. To nie jest pesymizm, to realistyczna ocena faktów. Pod względem demograficznym osiągnęliśmy apogeum. Przez całe dekady, zwłaszcza po transformacji, naszą silną stroną był skokowy przyrost zasobów pracy. Ten czas jednak bezpowrotnie minął. Kiedy pojawia się ten argument, często słyszę w odpowiedzi: „przecież są jeszcze rezerwy migracyjne”. Otóż przy naszym niechętnym nastawieniu do migracji, praktycznie nie istnieją. Musimy zrozumieć skalę tego, co już się wydarzyło. Wchłonięcie około półtora do dwóch milionów obywateli Ukrainy oraz przedstawicieli nacji kulturowo nam bliskich to prawdopodobnie górna granica naszych możliwości adaptacyjnych. Z perspektywy socjologicznej i politologicznej istnieje bardzo konkretna bariera: ci, którzy zajmują się tą problematyką profesjonalnie, wiedzą, że nasycenie populacji ludnością napływową na poziomie przekraczającym 10 proc. wywołuje już trwałe napięcia i konflikty społeczne. My się do tej granicy niebezpiecznie zbliżamy. Liczenie na to, że kolejne miliony migrantów przyjadą i „załatają” dziurę w naszym systemie pracy, jest mrzonką, której nie udźwignie nasza struktura społeczna.
Skoro nie będzie „nowych” rąk do pracy, to jak utrzymać tempo rozwoju gospodarczego?
To jest właśnie moment, w którym zdrowie i dobrostan przestają być „miękkimi” tematami z obszaru HR, a stają się twardą strategią przetrwania. Skoro zasoby pracy nie będą rosły – a wręcz, ze względu na demografię, będą rzeczywiście maleć – to jedynym sposobem na utrzymanie potencjału rozwojowego jest maksymalizacja jakości i wydolności tego potencjału ludnościowego, który mamy.
Dlatego właśnie tak mocno forsuję myślenie o zdrowiu jako o kluczowej wartości egzystencjalnej i gospodarczej. Skoro nie możemy dołożyć nowych pracowników, musimy zadbać o to, by ci, którzy są w systemie, mogli w nim pracować jak najdłużej, w pełnej sprawności fizycznej i psychicznej, znajdując w pracy satysfakcję, a nie tylko umęczenie. Bez tego przejścia od „wyżymania” pracownika do regenerowania jego potencjału, polska gospodarka po prostu zacznie się zwijać. Rozmowa o zdrowiu w zakładach pracy to dzisiaj rozmowa o tym, czy za 10–15 lat będziemy w stanie w ogóle sfinansować nasze państwo.
Open Eyes Economy Summit przygotowuje Indeks Zdrowych Firm. Chcecie zbadać podejście pracodawców do kwestii zdrowia pracowników?
Chcemy dostarczyć firmom nowej perspektywy poznawczej opartej na twardych danych. Nie budujemy rankingu, ani nie chcemy nikogo piętnować. Chodzi o to, by organizacje, wypełniając ankietę, mogły otrzymać zwrotną informację porównawczą. Mogą zobaczyć, gdzie są na tle innych, co inni robią lepiej i jak skutecznie dbać o trzy kluczowe wymiary: realne działania na rzecz zdrowia (np. analiza absencji), dobrostan psychiczny pracowników oraz wpływ firmy na środowisko naturalne i społeczne.
To o tyle istotne, bo obecna dyskusja o work-life balance jest często prowadzona „przy okazji” i bywa bardzo uproszczona. Zakłada ona, że praca to wyłącznie obciążenie i wysiłek, od którego trzeba uciec w „prawdziwe życie”, kojarzone z urlopem czy weekendami. Ale nigdy nie osiągniemy prawdziwego balansu, jeśli jedną trzecią naszego życia będziemy postrzegać jako zło konieczne. Praca powinna być źródłem satysfakcji życiowej, a nie tylko powodzenia materialnego. Dla nowoczesnej firmy, która bazuje na majątku intelektualnym i kompetencjach, zdrowie pracowników to fundament wartości rynkowej. Kluczowa część majątku przedsiębiorstwa codziennie wychodzi do domu. Dbałość o zdrowie to nie jest więc tylko kwestia raportowania ESG czy wypełniania norm prawnych. To jest dbałość o zasadniczą część kapitału firmy. Jeśli pracodawca to lekceważy, po prostu niszczy własny potencjał rozwojowy.
Czy polskie firmy już to rozumieją? Dostrzega pan w tym zakresie różnicę między kapitałem rodzimym a zagranicznym?
Kapitał zagraniczny przyniósł do nas pewne wypracowane schematy organizacyjne. Ma to swoje dobre strony, ale i złe, jak choćby specyficzny dla korporacji „wyścig szczurów”. Zagraniczne firmy starają się adaptować do lokalnej specyfiki, choć z różnym skutkiem. Z polskim biznesem sprawa jest trudniejsza. W PRL-u system nastawiony był na wymuszanie wydajności, choć istniały pewne mechanizmy opieki, jak sanatoria czy domy wczasowe. Po prywatyzacji te stare wzorce zniknęły, a nowe, rynkowe, często nie zostały wypracowane. Wielu właścicieli firm traktuje kwestię dbania o zdrowie pracowników jako narzucony koszt i próbę ograniczenia ich swobody. Tymczasem na dzisiejszym rynku pracownika, ci, którzy lekceważą dobrostan zespołu, po prostu tracą ludzi i podstawy swojej egzystencji.
A co z rolą państwa? Jak powinna wyglądać nowoczesna polityka publiczna w obszarze zdrowia?
Państwo musi przestać być tylko „policjantem” i zacząć prowadzić spójną politykę publiczną, która sprzyja zdrowiu. Obecnie mamy do czynienia z „federacją resortów” – osobno działa ministerstwo zdrowia, polityka społeczna, sport czy kultura. To nie jest efektywne. Potrzebujemy ciągłości działania, która nie zmienia się z każdym cyklem wyborczym. Jeśli decydujemy się na jakiś kierunek, musimy go kontynuować, a nie zmieniać priorytety co cztery lata.
Największym błędem jest to, że w polityce państwa ciągle dyskutujemy o chorobach, lekach i sektorze medycznym, czyli o tych 30 proc., które zależą od medycyny. Nie rozmawiamy o zdrowiu jako o wartości egzystencjalnej. Zdrowie powinno być kluczowym kryterium wszystkich polityk publicznych, od gminy po rząd. Celem powinno być takie działanie, żeby choroba wystąpiła jak najpóźniej i z jak najmniejszym prawdopodobieństwem. Bez tego, przy starzejącym się społeczeństwie, koszty opieki nas po prostu zmiażdżą i koło regresu się domknie.