Donald Tusk wysłuchał wezwań opozycji i pojawił się na sejmowej mównicy, by wyjaśnić, co miał na myśli, mówiąc o „najgorszych scenariuszach” oraz możliwej rosyjskiej eskalacji obejmującej także terytorium Polski. Jego wyjaśnienia raczej potwierdziły zasadniczy zarzut, niż go osłabiły: premier najpierw zbudował atmosferę alarmu, a następnie doprecyzował, że najbardziej prawdopodobny scenariusz nie oznacza otwartej wojny z Polską.

Rosja ma kontynuować i nasilać to, co już robi: uderzać w Ukrainę, niszczyć jej infrastrukturę, logistykę i gospodarkę, a wobec państw wspierających Kijów stosować prowokacje oraz działania hybrydowe. To poważne zagrożenia, ale nie takie same, jak zapowiedź eskalacji obejmującej terytorium Polski.

Jesień i zima mogą być najtrudniejszym okresem wojny dla Ukrainy. Rosja spróbuje ją złamać

Zarazem Donald Tusk wskazał na kwestię rzeczywiście kluczową: późna jesień i zima mogą być dla Ukrainy najtrudniejszym okresem wojny. Rosja będzie próbowała złamać odporność ukraińskiego państwa oraz społeczeństwa, uderzając w infrastrukturę energetyczną, kolejową i przygraniczną. Celem tych działań jest odcięcie Ukrainy od pomocy z zewnątrz. Tu znajduje się realne wyzwanie dla rządu: nie w retorycznym stopniowaniu grozy, lecz w odpowiedzi na pytanie, co konkretnie państwo zrobi, aby utrzymać drożność pomocy dla Ukrainy i bezpieczeństwo własnego terytorium.

Czytaj więcej

Czaputowicz: Sikorski mówi, że Europa wygrałaby z Rosją. Rząd powinien uporządkować język

Czy zaproponowane działania temu służą? Premier zapowiedział nowe rozwiązania na przejściach granicznych: mobilne schrony, wzmocnienie infrastruktury Straży Granicznej, dodatkowe posterunki w pobliżu granicy z Ukrainą, system obrony przeciwlotniczej na sześciu przejściach oraz kolejne stanowisko dowodzenia i stanowisko radiolokacyjne. Jeżeli jednak premier sam zapowiada, że Rosja nie zamierza otwarcie atakować Polski, lecz będzie atakować przede wszystkim terytorium Ukrainy, to pojawia się pytanie: czy te mobilne schrony i systemy obrony przeciwlotniczej będą służyć także po drugiej stronie przejścia granicznego?

Premier Donald Tusk może stać się narzędziem rosyjskiej propagandy

Ten mechanizm już zresztą zadziałał. Po niedawnym rosyjskim ataku na zachodnią Ukrainę mieszkańcy Lubelszczyzny i Podkarpacia otrzymali alert RCB, w Rzeszowie i Lublinie zawyły syreny. Niektóre szkoły sprowadziły dzieci do piwnic, a część urzędów kierowała pracowników na niższe kondygnacje. Tymczasem atak dotyczył Ukrainy, a dron spadł lub został zniszczony po ukraińskiej stronie granicy. Nie było to ćwiczenie, lecz realna procedura alarmowa, którą po kilkudziesięciu minutach odwołano komunikatem o „braku zagrożenia na terenie Polski”. Jeszcze kilka takich sytuacji i społeczeństwo przyzwyczai się do alarmów; gdy zagrożenie okaże się rzeczywiste, część ludzi może uznać je za kolejny fałszywy alarm i nie zareagować na czas.

Wypowiedzi szefa MON pokazują, że nie jest to już tylko problem jednego wystąpienia Donalda Tuska, lecz szerszy styl komunikacji rządu. Władysław Kosiniak-Kamysz mówi, że „sytuacja jest najniebezpieczniejsza”. Takie sformułowanie bardziej podbija lęk, niż porządkuje opis zagrożenia. Trzeba się więc liczyć z tym, że rząd może wejść w logikę polityki paniki i zarządzania emocjami poprzez strach.

Czytaj więcej

Jacek Czaputowicz: W kwestii Ukrainy Polska staje w opozycji do NATO

Rosja chce sparaliżować Ukrainę na jej terytorium i zrobić to jak najmniejszym kosztem politycznym. Gdyby miała jawnie atakować terytorium państwa członkowskiego NATO, działałaby nieracjonalnie. Wystarczy jej, że to my sami – przestraszeni przez własne władze – zaczniemy odgradzać się od Ukrainy posterunkami, schronami i procedurami alarmowymi uruchamianymi przy kolejnych wydarzeniach po drugiej stronie granicy.

Premier ostrzega też przed rosyjską propagandą, nie dostrzegając, że sam może stać się jej dogodnym narzędziem. Jeśli państwo reaguje na rosyjskie ataki na zachodnią Ukrainę w sposób, który przede wszystkim uruchamia w Polakach lęk o własne bezpieczeństwo, to wzmacnia efekt, na którym Rosji zależy. Ludzie zaczynają myśleć nie o tym, jak utrzymać pomoc dla Kijowa, lecz o tym, jak odgrodzić się od wojny. Z czasem mogą uznać, że to sama wojna w Ukrainie jest źródłem ich strachu, a nie rosyjska agresja. Wtedy presja na ograniczenie pomocy i szybkie „zakończenie konfliktu” będzie rosła dokładnie tak, jak chciałby Kreml. 

Jaki jest cel „polityki paniki”, którą uprawia Donald Tusk?

Czy stosując politykę paniki, premier Donald Tusk osiągnie swoje cele? Krótkoterminowo zapewne tak. W sytuacji zagrożenia część wyborców skupia się wokół rządu, a premier może występować w roli tego, który ostrzega i trzyma rękę na pulsie. Problem w tym, że taka strategia ma wysoką cenę. Zamiast wzmacniać determinację do dalszego wspierania Ukrainy, może wzmacniać odruch odgradzania się od niej.

Czytaj więcej

Michał Szułdrzyński: Czy politycy straszą nas wojną? Jak Polacy mogą odebrać wypowiedzi Tuska, Kosiniaka-Kamysza i Sikorskiego

Ludzie, którzy zaczynają bać się o własne bezpieczeństwo, mogą z czasem mniej myśleć o pomocy dla Kijowa, a bardziej o tym, jak najszybciej zakończyć wojnę, która kojarzy im się z alarmami, syrenami i chaosem. Wtedy premier nie tylko nie neutralizuje rosyjskiej strategii, lecz także nieświadomie pomaga jej osiągnąć polityczny cel. W polityce bezpieczeństwa nie wystarczy straszyć Rosją. Trzeba jeszcze uważać, by własnym strachem nie pracować na jej rachunek.

Jacek Czaputowicz

politolog, nauczyciel akademicki i urzędnik państwowy, działacz opozycji demokratycznej w okresie PRL. Były minister spraw zagranicznych (2018-2020)