Reklama

Perspektywy dla Morza Południowochińskiego

W siedzibie Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych odbyła się debata poświęcona możliwościom rozwoju sytuacji na Morzu Południowochińskim.

Publikacja: 02.12.2015 17:28

Rafał Tomański

Rafał Tomański

Foto: Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski

Do rozmowy zaproszono przedstawicieli Wietnamskiej Akademii Dyplomatycznej oraz reprezentantów ambasad państw azjatyckich. Obecni byli także szefowie oraz analitycy z think tanków zajmujących się kwestiami geopolitycznymi.

Kwestia dotychczasowego przebiegu wydarzeń na Morzu Południowochińskim oraz możliwych scenariuszy na przyszłość budzi bowiem coraz więcej wątpliwości.

Przez ostatnie miesiące można było obserwować nagromadzenie niekorzystnych działań ze strony chińskiej. Satelitarne zdjęcia dowodzą bez najmniejszych wątpliwości, że Pekin dokłada wszelkich starań, by tereny archipelagów Spratly i Paraceli stały się dodatkowym obszarem wpływów, który można przekształcić w wojskowe bazy. Pogłębiarki, ciężki sprzęt oraz niekończące się dostawy zaopatrzenia pracują dzień i noc, by z niewielkich skrawków skał wystających nad poziom morza jedynie podczas odpływu stworzyć militarne zabudowania z pasami startowymi o długości 3 kilometrów.

Choć brzmi to jak scena rodem ze szpiegowskiej powieści Toma Clancy'ego, nie jest to fikcja literacka. Atole Mischief czy Subi, miejsca o egzotycznych nazwach odkrywców z czasów podbojów południowych mórz sprzed kilku wieków są przekształcane w ośrodki pełne infrastruktury gotowej do podejmowania militarnych działań. Choć Chiny konsekwentnie twierdzą, że ich praca ma na celu poprawę bezpieczeństwa w regionie.

Jak na razie cierpią z tego powodu mieszkańcy okolicznych terenów. Rybacy z Wietnamu (w szczególności z prowincji Quang Ngai) oraz Filipin nie mogą wykonywać swojej pracy, ponieważ Chiny zabraniają im wstępu na dotychczasowe łowiska, które żywiły ich od pokoleń. Równowaga ekologiczna także zostaje poważnie naruszona. Koralowe rafy i egzotyczne gatunki zwierząt giną, a ich przywrócenie może już nigdy się nie powieść. Czego nie zniszczą statki przywożące materiały do budowy lądu być może wytrzebią chińscy turyści. Pekin bowiem promuje wycieczki na sporne archipelagi by jeszcze bardziej podkreślać ich przynależność do siebie. Zanim budowane bazy wojskowe zapełnią się żołnierzami, po piaszczystych plażach rodem z najwspanialszych prospektów biur podróży przejdą się ławą chińscy turyści polując na ginące ryby i dewastujący środowisko naturalne. Coraz częściej przyczyn międzynarodowych sporów szuka się bowiem w zmianach klimatycznych i to właśnie troska o ekologia a nie tylko o suwerenność granic ma być jedną z głównych wytycznych globalizującego się świata.

Reklama
Reklama

Pytań o dalszy rozwój sytuacji na spornym terenie może budzić wątpliwości ze względu na nieprzejednane podejście strony chińskiej. Dotychczasowe protesty podnoszone na poziomie międzynarodowym przez kraje regionu dotknięte terytorialnymi roszczeniami nie przynosiły efektu. Filipiny w ten sposób straciły atol Scarborough, kolejny ze skrawków lądu na dalekim morzu. Zastosowanie się do zasad prawa międzynarodowego (m.in. konwencji UNCLOS z 1982 roku oraz deklaracji wspólnego pokojowego działania w zakresie sporów terytorialnych, tzw. COC podpisanego przez Chiny i kraje ASEAN w 2002 roku) nie dało nic, społeczność krajów Azji Południowowschodniej czeka obecnie na werdykt Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze w sprawie skargi wniesionej przez Manilę. Wytyczne sądu będą bez wątpienia kluczowe dla przyszłości dalszego rozwoju wypadków z udziałem Chin. Mogą zarówno wzmocnić jak i osłabić ich pozycję. Wszystko zależy od tego, jaki status zostanie nadany spornym wyspom.

Dyskusja toczy się w zasadzie o to, czy mowa o wyspach w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, czy też niektóre z formacji terenu to zaledwie skały typu LTE (Low-Tide Elevation) wychylające się ponad powierzchnię jedynie podczas odpływów. Trybunał rozsądzi charakter archipelagów i zgodnie z rodzajem ukształtowania terenu wyda decyzję o podziale stref wpływów. Wokół skał jest bowiem o wiele mniejsza strefa ochronna niż w otoczeniu wysp. Na terenie, na którym strefy wpływów kilku państw (poza Chinami chodzi o Wietnam, Filipiny, Indonezję, Malezję, Tajwan i Brunei) nachodzą wzajemnie na siebie jest to bardzo ważne.

Pozostaje pytanie o rolę dotychczasowych sojuszników Wietnamu. Trudno powiedzieć, czego można spodziewać się po Rosji, która wciąż milczy w kwestii wydarzeń na morzu Południowochińskim. Dotychczasowe zaangażowanie polityczne oraz militarne na Krymie oraz w Syrii każe wątpić, by sytuacja mogła ulec radykalnej zmianie. Głosu z Moskwy nie było słychać także, gdy jeszcze przed laty dochodziło do pierwszych terytorialnych sporów z Chinami. Wietnam liczy także na zainteresowanie problemem Unii Europejskiej, ponieważ to jej głos i sprzeciw wobec agresywnych praktyk Pekinu może wpłynąć na zmianę status quo. Jest to w szczególności ważne w momencie, gdy Państwo Środka znajduje się na początku promowania nowych inicjatyw gospodarczych w rodzaju nowego jedwabnego szlaku (wiele ostatnio słyszeliśmy o udziale Polski jako nowych "wrót do Europy" dla Chin po wizycie prezydenta Dudy na spotkaniu grupy 16+1) oraz na starcie inicjatyw infrastrukturalnych spod znaku banku AIIB. Chińska organizacja liczy się ze wsparciem finansowym na poziomie 15 mld dolarów rocznie, dlatego ważne jest, by po pomoc sięgać odpowiedzialnie i z poszanowaniem zasad międzynarodowego prawa.

Kluczowe będzie także poszukiwanie jednomyślnosci na miarę nowych czasów w grupie państw ASEAN. Poprzednie lata dowiodły, że kraje członkowskie rozmijają się w zakresie wspólnego stanowiska w zależności od prezydencji w danym okresie. Przed trzema laty przewodnictwo Kambodży nie wydało po raz pierwszy w historii organizacji wspólnego oświadczenia po najważniejszym szczycie. Tym razem ASEAN kierowane przez Malezję bywało zgodne odnośnie wagi wydarzeń na morzu Południowochińskim na spotkaniach niższego szczebla, pomijając tę kwestię na ostatnim, podsumowującym spotkaniu w Kuala Lumpur. Brak jednomyślności 10 państw ASEAN może jedynie odbić się na wzroście wagi chińskiego kapitału od AIIB.

Wietnam czeka na dalsze zapewnienia wsparcia ze strony USA. Niedawny manewr wojskowy niszczyciela USS Lassen miał Chińczyków nastraszyć i pokazać bezkompromisowość amerykańskiej marynarki, jednak analitycy spodziewali się czegoś bardziej zgodnego z realiami prawa międzynarodowego. Okazuje się bowiem, że nie wystarczy dokonać samego przepłynięcia obok spornego terenu, by zakwestionować jego przynależność (amerykańska jednostka minęła atol Subi o przepisowe 12 mil morskich), ale podczas takiego manewru określanego "Freedom of Navigation" musi być także użyta technologia wojskowa. Należało przeprowadzić namierzanie dowolnego celu radarem oraz wypuścić na choć krótki lot pokładowy helikopter. W momencie, gdy do niczego takiego nie doszło, US Navy bardziej potwierdziło przynależność spornego terenu do Chin niż pomogło Wietnamowi. Kolejne działania muszą mieć to także na uwadze.

Z polskiej perspektywy wydarzenia na terenach odległych o tysiące kilometrów mogą wydawać się zbędne i zbyt niewarte zaangażowania. Świat jednak zmniejsza się w bardzo szybkim tempie, a nie bez powodu porównuje się morze Południowochińskie do azjatyckiego Krymu. Chiny stają się tamtejszą Rosją, która bierze co chce i jak chce, nie pytając nikogo o zgodę. W każdej chwili samemu można stać się bezpośrednio zagrożonym przez takie podejście.

Reklama
Reklama

Kwestia dotychczasowego przebiegu wydarzeń na morzu Południowochińskim oraz możliwych scenariuszy na przyszłość budzi bowiem coraz więcej wątpliwości.

Przez ostatnie miesiące można było obserwować nagromadzenie niekorzystnych działań ze strony chińskiej. Satelitarne zdjęcia dowodzą bez najmniejszych wątpliwości, że Pekin dokłada wszelkich starań, by tereny archipelagów Spratly i Paraceli stały się dodatkowym obszarem wpływów, który można przekształcić w wojskowe bazy. Pogłębiarki, ciężki sprzęt oraz niekończące się dostawy zaopatrzenia pracują dzień i noc, by z niewielkich skrawków skał wystających nad poziom morza jedynie podczas odpływu stworzyć militarne zabudowania z pasami startowymi o długości 3 kilometrów.

Choć brzmi to jak scena rodem ze szpiegowskiej powieści Toma Clancy'ego, nie jest to fikcja literacka. Atole Mischief czy Subi, miejsca o egzotycznych nazwach odkrywców z czasów podbojów południowych mórz sprzed kilku wieków są przekształcane w ośrodki pełne infrastruktury gotowej do podejmowania militarnych działań. Choć Chiny konsekwentnie twierdzą, że ich praca ma na celu poprawę bezpieczeństwa w regionie.

Jak na razie cierpią z tego powodu mieszkańcy okolicznych terenów. Rybacy z Wietnamu (w szczególności z prowincji Quang Ngai) oraz Filipin nie mogą wykonywać swojej pracy, ponieważ Chiny zabraniają im wstępu na dotychczasowe łowiska, które żywiły ich od pokoleń. Równowaga ekologiczna także zostaje poważnie naruszona.

Koralowe rafy i egzotyczne gatunki zwierząt giną, a ich przywrócenie może już nigdy się nie powieść. Czego nie zniszczą statki przywożące materiały do budowy lądu być może wytrzebią chińscy turyści. Pekin bowiem promuje wycieczki na sporne archipelagi by jeszcze bardziej podkreślać ich przynależność do siebie. Zanim budowane bazy wojskowe zapełnią się żołnierzami, po piaszczystych plażach rodem z najwspanialszych prospektów biur podróży przejdą się ławą chińscy turyści polując na ginące ryby i dewastujący środowisko naturalne. Coraz częściej przyczyn międzynarodowych sporów szuka się bowiem w zmianach klimatycznych i to właśnie troska o ekologia a nie tylko o suwerenność granic ma być jedną z głównych wytycznych globalizującego się świata.

Pytań o dalszy rozwój sytuacji na spornym terenie może budzić wątpliwości ze względu na nieprzejednane podejście strony chińskiej. Dotychczasowe protesty podnoszone na poziomie międzynarodowym przez kraje regionu dotknięte terytorialnymi roszczeniami nie przynosiły efektu. Filipiny w ten sposób straciły atol Scarborough, kolejny ze skrawków lądu na dalekim morzu. Zastosowanie się do zasad prawa międzynarodowego (m.in. konwencji UNCLOS z 1982 roku oraz deklaracji wspólnego pokojowego działania w zakresie sporów terytorialnych, tzw. COC podpisanego przez Chiny i kraje ASEAN w 2002 roku) nie dało nic, społeczność krajów Azji Południowowschodniej czeka obecnie na werdykt Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze w sprawie skargi wniesionej przez Manilę. Wytyczne sądu będą bez wątpienia kluczowe dla przyszłości dalszego rozwoju wypadków z udziałem Chin. Mogą zarówno wzmocnić jak i osłabić ich pozycję. Wszystko zależy od tego, jaki status zostanie nadany spornym wyspom.

Reklama
Reklama

Dyskusja toczy się w zasadzie o to, czy mowa o wyspach w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, czy też niektóre z formacji terenu to zaledwie skały typu LTE (Low-Tide Elevation) wychylające się ponad powierzchnię jedynie podczas odpływów. Trybunał rozsądzi charakter archipelagów i zgodnie z rodzajem ukształtowania terenu wyda decyzję o podziale stref wpływów. Wokół skał jest bowiem o wiele mniejsza strefa ochronna niż w otoczeniu wysp. Na terenie, na którym strefy wpływów kilku państw (poza Chinami chodzi o Wietnam, Filipiny, Indonezję, Malezję, Tajwan i Brunei) nachodzą wzajemnie na siebie jest to bardzo ważne.

Pozostaje pytanie o rolę dotychczasowych sojuszników Wietnamu. Trudno powiedzieć, czego można spodziewać się po Rosji, która wciąż milczy w kwestii wydarzeń na morzu Południowochińskim. Dotychczasowe zaangażowanie polityczne oraz militarne na Krymie oraz w Syrii każe wątpić, by sytuacja mogła ulec radykalnej zmianie.

Głosu z Moskwy nie było słychać także, gdy jeszcze przed laty dochodziło do pierwszych terytorialnych sporów z Chinami. Wietnam liczy także na zainteresowanie problemem Unii Europejskiej, ponieważ to jej głos i sprzeciw wobec agresywnych praktyk Pekinu może wpłynąć na zmianę status quo. Jest to w szczególności ważne w momencie, gdy Państwo Środka znajduje się na początku promowania nowych inicjatyw gospodarczych w rodzaju nowego jedwabnego szlaku (wiele ostatnio słyszeliśmy o udziale Polski jako nowych "wrót do Europy" dla Chin po wizycie prezydenta Dudy na spotkaniu grupy 16+1) oraz na starcie inicjatyw infrastrukturalnych spod znaku banku AIIB. Chińska organizacja liczy się ze wsparciem finansowym na poziomie 15 mld dolarów rocznie, dlatego ważne jest, by po pomoc sięgać odpowiedzialnie i z poszanowaniem zasad międzynarodowego prawa.

Kluczowe będzie także poszukiwanie jednomyślnosci na miarę nowych czasów w grupie państw ASEAN. Poprzednie lata dowiodły, że kraje członkowskie rozmijają się w zakresie wspólnego stanowiska w zależności od prezydencji w danym okresie. Przed trzema laty przewodnictwo Kambodży nie wydało po raz pierwszy w historii organizacji wspólnego oświadczenia po najważniejszym szczycie. Tym razem ASEAN kierowane przez Malezję bywało zgodne odnośnie wagi wydarzeń na morzu Południowochińskim na spotkaniach niższego szczebla, pomijając tę kwestię na ostatnim, podsumowującym spotkaniu w Kuala Lumpur. Brak jednomyślności 10 państw ASEAN może jedynie odbić się na wzroście wagi chińskiego kapitału od AIIB.

Wietnam czeka na dalsze zapewnienia wsparcia ze strony USA. Niedawny manewr wojskowy niszczyciela USS Lassen miał Chińczyków nastraszyć i pokazać bezkompromisowość amerykańskiej marynarki, jednak analitycy spodziewali się czegoś bardziej zgodnego z realiami prawa międzynarodowego. Okazuje się bowiem, że nie wystarczy dokonać samego przepłynięcia obok spornego terenu, by zakwestionować jego przynależność (amerykańska jednostka minęła atol Subi o przepisowe 12 mil morskich), ale podczas takiego manewru określanego "Freedom of Navigation" musi być także użyta technologia wojskowa. Należało przeprowadzić namierzanie dowolnego celu radarem oraz wypuścić na choć krótki lot pokładowy helikopter. W momencie, gdy do niczego takiego nie doszło, US Navy bardziej potwierdziło przynależność spornego terenu do Chin niż pomogło Wietnamowi. Kolejne działania muszą mieć to także na uwadze.

Reklama
Reklama

Z polskiej perspektywy wydarzenia na terenach odległych o tysiące kilometrów mogą wydawać się zbędne i zbyt niewarte zaangażowania. Świat jednak zmniejsza się w bardzo szybkim tempie, a nie bez powodu porównuje się morze Południowochińskie do azjatyckiego Krymu. Chiny stają się tamtejszą Rosją, która bierze co chce i jak chce, nie pytając nikogo o zgodę. W każdej chwili samemu można stać się bezpośrednio zagrożonym przez takie podejście.

Publicystyka
Marek A. Cichocki: Histeria końca wszystkiego
Publicystyka
Estera Flieger: Wagary od płynnej nowoczesności
Publicystyka
Jacek Czaputowicz: Małe exposé prezydenta Nawrockiego
Publicystyka
Zuzanna Dąbrowska: Edukacja zdrowotna bez seksu i bez sensu
Publicystyka
Marek A. Cichocki: Niemcy w sprawie Grenlandii rozgrywają własne interesy kosztem Polski
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama