Maciej Strzembosz: Przełomowa chwila demokracji. Co zrobić, by PiS nie wrócił do władzy?

Czy Donald Tusk zrozumiał, że każda partia wodzowska przybliża powrót PiS do władzy?

Aktualizacja: 15.11.2023 06:07 Publikacja: 15.11.2023 03:00

Władza demokratyczna jest silna, gdy znajduje się pod obserwacją obywateli i niezależnych organizacj

Władza demokratyczna jest silna, gdy znajduje się pod obserwacją obywateli i niezależnych organizacji

Foto: PAP/Tomasz Gzell

Jeśli ktoś uważa, że lata pod rządami PiS były dla Polski okropne, proszę sobie wyobrazić, jak może wyglądać życie w Polsce, jeśli PiS szybko wróci do władzy. Aby tak się nie stało, trzeba zrozumieć, dzięki czemu PiS władzę zdobył, utrzymał ją w 2019 roku, i nadal pozostaje partią z najwyższym społecznym poparciem.

W 2005 roku Polacy zobaczyli po raz pierwszy, jak wyglądają rządy partii wodzowskiej, i pod wieloma względami im się spodobało. Przede wszystkim sprawczość, której tak bardzo brakowało w poprzednich parlamentach. Po drugie retoryka oparta na tradycyjnych wartościach i opowieść o osobistej uczciwości liderów, którzy mimo wielu lat w polityce nie dorobili się majątku. Początkowo podobał im się też tandem braci jako prezydenta i premiera, bo dawali gwarancję, że się nie pokłócą. Podobał im się zwłaszcza Lech Kaczyński, skromny mimo osiągnięć, dzielny w podziemiu, wierny ideałom, wspomagany przez mądrą i sympatyczną żonę. A drugą częścią tego tandemu był polityczny macher wychwytujący trendy społeczne i grający na lękach i potrzebach tak zwanej milczącej większości. To, co złe, ukryte było za sympatyczną i uczciwą twarzą brata.

Pragnienie igrzysk

Po drugiej stronie stali tak zwani fajnopolacy. Wyluzowani, zamożni, zapatrzeni we wzorce Europy Zachodniej, często traktujący rozwój Polski jako podczepienie naszego wagonika pod niemiecką lokomotywę europejskiego pociągu, choć wiadomo, że wagonik nigdy nie wyprzedzi lokomotywy. Wielkomiejscy, choć w myśleniu mocno prowincjonalni, powtarzający komunały Balcerowicza, lecz niezdolni do krytycznej oceny jego dokonań i błędów, budujący autorytet wokół indywidualnego bogactwa, a nie sukcesu wspólnoty. Stawiający wyłącznie na dobrobyt metropolii według bzdurnej teorii rozwoju metropolitalno-dyfuzyjnego Michała Boniego. Innymi słowy – w interesie swej wielkomiejskiej klasy politycznej dobrze miało być w miastach, a resztę kraju skazywano na wyludnienie i marazm.

Czytaj więcej

Marek Migalski: Duda zagra przeciw PiS?

Równocześnie PO jako partia wielkomiejskich liberałów zachwyciła się modelem wodzowskim, ukształtowanym w PiS, i tak powstało kuriozum na skalę światową: niedemokratyczna partia liberalna podążająca ślepo za wodzem, który będąc premierem, przesuwał się świadomie na lewo. A równocześnie wycinał konkurencję, pozbywając się dwóch z trzech tenorów założycieli i posyłając na oślą ławkę co zdolniejszych wychowanków własnej partii. Na przykład popularność Zyty Gilowskiej była na tyle niepokojąca, że skłoniono ją wręcz do odejścia z partii wydumaną aferą.

Jednocześnie najbliższymi współpracownikami Donalda Tuska stawali się, jak to w partiach wodzowskich bywa, specjaliści od służb, w tym Paweł Graś. Braki kadrowe uzupełniano transferami – w ten sposób Donald Tusk stał się dziedzicem partii, którą słusznie zniszczył, czyli Unii Wolności, która starała się zabudować całe spektrum polityczne od lewa do prawa, by nie pozwolić rozwinąć skrzydeł konkurencji. Wedle tej politycznej receptury rzekomo liberalna partia Tuska przyjmowała konserwatystów, takich jak Bronisław Komorowski czy Radek Sikorski, a później Kazimierz Michał Ujazdowski czy Paweł Kowal. A z drugiej strony młode gwiazdy lewicy, takie jak Bartosz Arłukowicz czy Barbara Nowacka. Można było zostać ministrem w rządzie PO niemal natychmiast po przejściu z PiS, jak Radek Sikorski czy Joanna Kluzik-Rostkowska, ba, można było odpowiadać za wizerunek rządu PO, będąc miłośnikiem Pinocheta, współzałożycielem ZChN i pisowskim spin doktorem, jak Michał Kamiński za rządów Ewy Kopacz.

Władza demokratyczna jest silna, gdy znajduje się pod obserwacją obywateli i niezależnych organizacji

Przede wszystkim zaś nieistotnym elementem polityki rządzącej partii okazywały się wszelkie obietnice wyborcze, a twarzą rządu coraz bardziej stawał się minister, który w kwestii finansów na projekty rozwojowe odpowiadał jak katarynka: nie ma, nie ma, nie ma. I co gorsza, zabierał bezwzględnie to, co było u innych, czyli w samorządach.

W tej sytuacji szokiem było dotrzymanie wszystkich istotnych gospodarczo obietnic wyborczych przez PiS po wyborach 2015, zwłaszcza że projekty te w większości (obniżka wieku emerytalnego, 500+, zakaz handlu w niedzielę) pomagały biedniejszej części społeczeństwa i po ośmiu latach drenażu prowincji przeprowadzały pierwsze od lat transfery socjalne dostępne poza wielkimi miastami. Bo wielkie miasta zawsze miały swoje ukryte programy socjalne, takie jak dopłaty do komunikacji zbiorowej, dobrego szkolnictwa czy pomocy społecznej, wynikające z wielkości ich budżetów, oraz ukryte benefity dla nowej wyższej klasy średniej, która tam właśnie mieszkała i działała oraz skutecznie lobbowała rząd PO na swoją korzyść. Najlepszym przykładem niech będzie 10-proc., liniowe opodatkowanie kontraktów menedżerskich przy jednoczesnej podwyżce VAT-u, drenującej dodatkowo kieszenie najbiedniejszych, którzy w żadnej mierze nie mogli liczyć ani na obiecany wszystkim podatek liniowy, ani na liczne ulgi podatkowe skrojone pod ich potrzeby.

Metropolitalno-dyfuzyjne rządy PO doprowadziły do tego, że prowincja spragniona była igrzysk upokarzających elity i miała sporą satysfakcję z ich zwalczania przez nowy rząd PiS. Dobrobyt wzrastał, transfery społeczne hulały, gospodarka rosła, a miasta i elity wyły rozpaczliwie, nie rozumiejąc, jak możliwe jest popieranie partii demontującej demokratyczne standardy i bezpieczniki.

Gen samozagłady

Do tego dochodziła obraźliwa wobec racjonalnych wyborów wyborców PiS retoryka o sprzedajności, głupocie i zgniliźnie moralnej wszystkich, którzy ośmielają się mieć inne zdanie niż hejterzy i propagandyści jedynie słusznej linii.

Przegrywane wybory niczego specjalnego głównej partii opozycji nie uczyły. Przeciwnie – zaostrzano język pogardy wobec wyborców, których teoretycznie chciano pozyskać; nawet nie próbowano wyjść poza wielkomiejskie opłotki, przedstawiając jakikolwiek program rozwoju dla prowincji; wzmacniano polaryzację, która nie dawała szans na zwycięstwo, ale też gwarantowała spokojne i leniwe życie największej partii opozycyjnej w Sejmie. Gdyby nie błędy PiS, ich buta i arogancja, aborcyjne i edukacyjne szaleństwo, nazywanie wszystkich inaczej myślących zdrajcami, wzrastające obsesje Jarosława Kaczyńskiego przy jednoczesnym porzuceniu wszelkich standardów (słynne „sprzątać można nawet brudną szmatą”), przyzwolenie na korupcję i bogacenie się środowisk mu sprzyjających jako forma budowy nowej elity – to PiS mógłby dalej rządzić. Bo faktycznie nie miał z kim przegrać, jak długo PO pozostawała wyłącznie partią wielkomiejską, a polaryzacja dusiła wszystkich innych graczy. Poza wielkimi miastami mieszka po prostu więcej wyborców i wystarczyło ich nie zrażać, by rządzić.

Czytaj więcej

Bogusław Chrabota: Idzie agresywny suwerenizm. Wojna z Unią może być zabójcza

Jednak w naturze Jarosława Kaczyńskiego najwyraźniej bardzo silny jest gen samozagłady, bo najpierw zaczął wytracać młodych, potem młode kobiety na prowincji, w które znacznie mocniej uderzało absurdalne zaostrzenie prawa aborcyjnego, potem przedsiębiorców za pomocą Polskiego Ładu, umiarkowanych konserwatystów zgorszonych brakiem szacunku dla instytucji państwa i  obyczajów demokratycznych, wreszcie – zwykłych ludzi zmęczonych rzeczami dla nich niezrozumiałymi, takimi jak np. zamknięcie lasów w okresie pandemii, gdy wszyscy lekarze zachęcali do przebywania na świeżym powietrzu.

To by jednak nie wystarczyło, gdyż opozycja robiła wszystko, by elektorat PiS nie miał gdzie odejść. Zwłaszcza że niemal do końca koniecznie chciano przeciw PiS wystawić jedną listę z Donaldem Tuskiem na czele, który ma jeszcze więcej przeciwników niż zagorzałych wyznawców. Na szczęście nie tylko w debacie, ale też w życiu politycznym coraz ważniejsi robili się symetryści wskazujący na pułapki polaryzacji i partii wodzowskich. W tej grze PiS miał zawsze przewagę i gdyby nie samodzielność Lewicy oraz powstanie Trzeciej Drogi, zapewne kolejny raz by wygrał. Tak się jednak nie stało, demokracja została uratowana, i trzeba uczciwie powiedzieć, że jest to w wielkiej mierze zasługa powrotu do polskiej polityki Donalda Tuska. Tusk wyrwał swą partię z kompletnego marazmu, umiejętnie odwołał się do ludzkich emocji i umiał pokazać w trakcie masowych demonstracji, jak wielu Polaków ma dość dotychczasowych rządów. Choć jednak demodyktatury na wzór Orbána chwilowo w Polsce nie będzie, zagrożenie nie minęło.

Nie ma taryfy ulgowej

Znaczna część jak zawsze zależy od rządzących. Czy tym razem dotrzymają obietnic? Czy odrobili lekcję z ostatnich lat? Czy gotowi są przygotować ofertę dla wyborców PiS i przeciwdziałać aktywnie budowaniu nowej, antypisowskiej poprawności politycznej? Czy odbijając instytucje państwa z łap pisowskiej nomenklatury, będą te instytucje naprawiać, czy niszczyć? Czy zapowiadane pojednanie narodowe będzie dialogiem, czy dyktatem?

Nadzieję budzi to, że symetryści mają 65 szabel w koalicji rządowej, a w niektórych kluczowych dla ustroju państwa kwestiach, takich jak model wodzowskiego przywództwa, także Lewicy bliżej do Trzeciej Drogi niż do KO. Jednak wiemy, że Donald Tusk jest równie sprawny w podporządkowywaniu sobie słabszych graczy jak Kaczyński. Na każdą partię wykończoną przez PiS znajdzie się odpowiednik po drugiej stronie. Nowoczesna, Ruch Palikota, Zieloni, Inicjatywa Polska – wszystkie te projekty zostały efektywnie pożarte przez PO, a zostawione w niektórych wypadkach szyldy są po prostu rekwizytem.

Czytaj więcej

Jacek Nizinkiewicz: Długie pożegnanie PiS z władzą. Na dodatek opozycja pomaga Kaczyńskiemu

Ale bardzo wiele zależy też od społeczeństwa obywatelskiego i osób odpowiedzialnych za kształtowanie opinii publicznej. Jeżeli nowy rząd będzie traktowany jak „nasz” i oceniany z taryfą ulgową, to czeka nas powtórka z ponurej historii ostatnich lat. I powrót PiS. Jeszcze bardziej dyszącego zemstą i bardziej oszalałego ideologicznie. Albo rządy nacjonalistów sprzymierzonych z cynikami Ziobry. Jest więc niezmiernie ważne, by domagać się przestrzegania standardów prawnych i demokratycznych. Jeśli dla skuteczności i szybkości depisizacji poświęcimy standardy i niezależność instytucji, prymat obywateli nad władzą, konieczność odbudowy silnych i niezależnych finansowo samorządów, to niestety nie będzie ani depisizacji, ani sukcesu demokratycznego rządu. Ks. Józef Tischner powiedział kiedyś, że „Kościół jest silny, kiedy jest bity”. Tak samo jest z władzą demokratyczną. Jest silna, gdy znajduje się pod obserwacją obywateli i ich niezależnych organizacji i gdy dostaje po łapach za każdym razem, kiedy broi. Jeśli za łamanie standardów nie będziemy potrafili krytykować i karać „naszego” rządu, to z pewnością nie uda się kontrolować rządu, który marzy o tzw. domknięciu systemu i podporządkowaniu woli wodza wszystkich aspektów życia w Polsce.

Tak więc to także od nas zależy bardzo wiele, tak samo jak wiele zależy od tego, czy Tusk zrozumiał, że KAŻDA partia wodzowska przybliża powrót PiS do władzy, i czy stać go na to, by w końcowym akordzie swej kariery politycznej pokazać, że jest naprawdę mężem stanu, zmienić wieloletnie przyzwyczajenia i poświęcić komfort rządzenia dla wybudowania Polski odpornej na pokusy autorytarnego populizmu. I czy stać nas, przedstawicieli elit, by zrezygnować z niesłusznych przywilejów oraz moralnej wyższości i na nowo nauczyć się służby społeczeństwu, które wyniosło nas tak wysoko.

Autor jest producentem filmowym, scenarzystą i publicystą

Jeśli ktoś uważa, że lata pod rządami PiS były dla Polski okropne, proszę sobie wyobrazić, jak może wyglądać życie w Polsce, jeśli PiS szybko wróci do władzy. Aby tak się nie stało, trzeba zrozumieć, dzięki czemu PiS władzę zdobył, utrzymał ją w 2019 roku, i nadal pozostaje partią z najwyższym społecznym poparciem.

W 2005 roku Polacy zobaczyli po raz pierwszy, jak wyglądają rządy partii wodzowskiej, i pod wieloma względami im się spodobało. Przede wszystkim sprawczość, której tak bardzo brakowało w poprzednich parlamentach. Po drugie retoryka oparta na tradycyjnych wartościach i opowieść o osobistej uczciwości liderów, którzy mimo wielu lat w polityce nie dorobili się majątku. Początkowo podobał im się też tandem braci jako prezydenta i premiera, bo dawali gwarancję, że się nie pokłócą. Podobał im się zwłaszcza Lech Kaczyński, skromny mimo osiągnięć, dzielny w podziemiu, wierny ideałom, wspomagany przez mądrą i sympatyczną żonę. A drugą częścią tego tandemu był polityczny macher wychwytujący trendy społeczne i grający na lękach i potrzebach tak zwanej milczącej większości. To, co złe, ukryte było za sympatyczną i uczciwą twarzą brata.

Pozostało 89% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Publicystyka
Rusłan Szoszyn: Tomasz Szmydt napuszczony na polską ambasadę w Mińsku. Dlaczego Aleksandr Łukaszenko to robi?
Publicystyka
Sondaż: Komisja ds. badania wpływów rosyjskich dzieli Polaków. Wyborcy PiS przeciw
Publicystyka
Jerzy Haszczyński: Polska była proizraelska, teraz głosuje w ONZ za Palestyną
Publicystyka
Artur Bartkiewicz: Czy sprawa sędziego Tomasza Szmydta najbardziej zaszkodzi Trzeciej Drodze i Lewicy?
Publicystyka
Bogusław Chrabota: Jarosław Kaczyński podpina się pod rolników. Na dłuższą metę wszyscy na tym stracą