Turcja ma duży problem. Wydarzenia w Ukrainie zmuszają ją do zajęcia jasnego stanowiska. Wybór powinien być oczywisty i jednoznaczny, bo Turcja jest członkiem NATO od 1952 r., czyli prawie 50 lat dłużej niż Polska. Jej armia stanowi drugą po USA siłę całego sojuszu. Jest również zaawansowana technicznie, posiada nowoczesny sprzęt i potężną flotę. Udowodniła zresztą, że tego sprzętu nie zawaha się użyć, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. W 2015 r. Turcy zestrzelili rosyjski bombowiec Su-24M nieopodal granicy z Syrią. Rosjanie zdawali sobie sprawę z możliwych konsekwencji, ale zdecydowali się na przeprowadzenie prowokacji, jak to mają w zwyczaju. Przekonali się wówczas, że z Turcją nie ma żartów, i Ankara zyskała szacunek Moskwy, bo co może zaimponować brutalnemu reżimowi, jeśli nie argument siły. Od tego momentu nastał najlepszy okres relacji rosyjsko-tureckich.

Pierwsze lata rządów AKP (Partii Sprawiedliwości i Rozwoju) można postrzegać jako znaczące zbliżenie się do Zachodu. W 1999 r. Turcja uzyskała status państwa kandydującego do Unii Europejskiej. Na tej ścieżce była prymusem. Europa nie potrafiła się jednak zdecydować, czy chce przygarnąć muzułmańskie państwo, które przecież w 97 proc. leży w Azji. Wspólnota obawiała się niekontrolowanego napływu pracowników. Negocjacje akcesyjne utknęły więc w martwym punkcie, a europejski entuzjazm Turcji zaczął niknąć. W końcu opadł zupełnie. Turcja stawała się stopniowo outsiderem działającym wyłącznie we własnym interesie.

Czytaj więcej

Bartosz Rydliński: Nauka w służbie milionów

Kluczowym momentem reorientacji tureckiej polityki zagranicznej stał się nieudany zamach stanu z 2016 r. Wtedy bardzo pogorszyły się relacje na linii Ankara–Waszyngton. Turcja postanowiła zaangażować się bardziej w politykę wschodnią, jej potrzebom wyszły naprzeciw Rosja i Iran – reżimy wręcz uczulone na Zachód i jego wartości. Dla Turcji sojusz z nimi ma jednak wyłącznie charakter pragmatyczny, to związek bardzo nietrwały, o czym wiedzą wszyscy partnerzy.

Co w tej sytuacji dla Ankary oznacza konflikt rosyjsko-ukraiński? Turcja nie bardzo wie, z kim bardziej opłaca jej się zadawać. Prezydent Erdogan to wytrawny gracz – potrafi balansować pomiędzy różnymi stronnictwami na arenie międzynarodowej, czerpiąc z tego jak największe korzyści. Jak tu jednak balansować, kiedy główni partnerzy oczekują nagle albo natychmiastowego potępienia rosyjskiej inwazji i udzielenia pomocy Ukrainie, albo uznania niepodległości separatystycznych republik w Donbasie?

Jako członek NATO Turcja wykonała na początku ukłon w kierunku Zachodu. Oficjalnie potępiła rosyjski atak, a także ostatecznie zamknęła cieśniny dla rosyjskich okrętów. Dostarczyła również do Ukrainy drony oraz wyrzutnie Javelin i Stinger. Na tym jednak Ankara poprzestała, nie dołączyła się do sankcji. Postanowiła zrównoważyć niejako wcześniejsze jawnie prozachodnie działania i przyjęła rolę mediatora, bardziej przychylnego Ukrainie, ale jednak stara się zapewnić obu stronom arenę do dyskusji, jednocześnie nie zajmując mocnego stanowiska.

Czytaj więcej

Rosjanie kradną kapustę, czekając na wielką bitwę. Wojna rozstrzygnie się w Donbasie

Wydaje się, że Turcja znalazła się w kluczowym dla swojej przyszłości momencie, ma teraz niepowtarzalną szansę ponownego zbliżenia się do Zachodu i odesłania w niepamięć ostatnich lat obustronnych niesnasek. Stąd nadzwyczaj ożywione działania tureckiej dyplomacji. Nie bez powodu w terminarzu spotkań prezydenta Erdogana znalazł się ostatnio Andrzej Duda. Turcja może próbować wkraść się ponownie w łaski właśnie za pośrednictwem innych, mniej pokornych członków Unii Europejskiej. Można w przyszłości wyobrazić sobie scenariusz, kiedy to będąca w dobrych relacjach z Ankarą Polska stanie się w Brukseli orędownikiem sprawy tureckiej.

Turcja często już potrafiła się z Europą dogadywać – nawet gdy wzajemne relacje daleko odbiegały od serdecznych. Tak było choćby podczas kryzysu migracyjnego w latach 2015–2016, kiedy to przyjmując sowite unijne honorarium, zatrzymywała na swoich granicach syryjskich uchodźców. W interesie Zachodu leży jak najszybsze przeciągnięcie Turcji na swoją stronę barykady. Ruch ten może się okazać decydującym momentem wojny. Ankara wie, że może bardzo dużo zyskać. I czeka na ofertę.