Konstantin Babicki, Tatiania Bajewa, Natalia Gorbaniewska, Wadim Delaunay, Władimir Driemliuga, Larisa Bogoraz, Wiktor Fajnberg i Paweł Litwinow. 25 sierpnia 1968 roku wyszli na plac Czerwony w Moskwie i zaprotestowali przeciwko inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. „Za wolność waszą i naszą!" – brzmiał napis na jednym z trzymanych przez nich plakatów. Gdy byli bici i zatrzymywani przez funkcjonariuszy KGB, tłum gapiów, akceptując w milczeniu, jedynie się temu przyglądał. I tylko jedna z przychodzących obok kobiet wydusiła z siebie: „Po co bić?". Na wolność cudem wyszła jedynie 21-letnia wówczas studentka Bajewa, obronili ją koledzy, którzy zeznali, że znalazła się tam przypadkowo. Ale i tak została wyrzucona z uniwersytetu. Reszta trafiła do łagrów albo na wieloletnie przymusowe „leczenie" psychiatryczne. Większość z tych odważnych ludzi już nie żyje, wielu zmarło na emigracji. Vaclav Havel, wspominając niegdyś o tamtych wydarzeniach, nazywał ich „sumieniem Związku Radzieckiego".

Jak przeciętni Rosjanie i Białorusini spojrzą w oczy Ukraińcom za kilkadziesiąt lat? Co im powiedzą? Że bali się i że od nich przecież nic nie zależy?

Ich nazwiska na zawsze zapisały się w historii rosyjskiego ruchu dysydenckiego, ale pamięć o ich odwadze ma dzisiaj szczególne znaczenie. Od protestu ośmiu Rosjan na placu Czerwonym minęło ponad pół wieku, dzisiaj nad Europą wisi widmo kolejnej wielkiej wojny i waży się los Ukrainy. Już najbliższe tygodnie mogą zadecydować o losie kraju, który Rosjanie przez dziesięciolecia przy każdej nadarzającej się okazji nazywali „bratnim". Ukrainy, z którą na wspólne korzenie tak często lubią się powoływać. A przecież w każdej chwili na Kremlu może zapaść ostateczna decyzja i poleje się krew, ciężko będzie oczyścić sumienie przez wiele dziesięcioleci. Tymczasem na placu Czerwonym życie toczy się jak niby nigdy nic. Krym już okupowano, siódmy rok z rzędu w Donbasie tli się wojna i niemal codziennie giną ludzie. Moskwianie zaś przechadzając się obok mauzoleum Lenina, idą dalej, spacerują, robią zakupy i żyją własnym życiem. Wojna z Ukrainą? Jaka wojna?

Dzisiaj już nikt nie stoi tam z plakatem „Za wolność waszą i naszą". Lider opozycji Aleksiej Nawalny od ponad roku siedzi w więzieniu, jego współpracownicy uciekli za granicę. Dysydenci są już zbyt starzy, wielu musiało uciekać już z Rosji Władimira Putina. Chętnych, by trafić za kraty, na razie brak. Rosjanie boją się represji, wolą się nie narażać, nie chcą ryzykować. Nawet w obliczu wielkiej wojny, która może odbić się piętnem na przyszłych pokoleniach i na długie lata zamknąć perspektywy rozwoju dla dzieci i wnuków. Wojna, która może zamknie Rosję za swoistą żelazną kurtyną.

A czy w 1968 roku wyjście na plac Czerwony wymagało mniejszej odwagi i było mniej ryzykowne? Nie było wówczas represji i więźniów politycznych?

Nie protestują też zapędzeni pod miotłę przez reżim Aleksandra Łukaszenki Białorusini. A przecież to m.in. z ich terytorium lada moment może dojść do inwazji na sąsiednią Ukrainę i uderzenia na Kijów. Przecież to ich ziemia dzisiaj staje się wielką bazą rosyjskich wojsk. Jak przeciętni Rosjanie i Białorusini spojrzą w oczy Ukraińcom za kilkadziesiąt lat? Co im powiedzą? Że bali się i że od nich przecież nic nie zależy?