Podczas wizyty na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim nazwał pan zmarłego arcybiskupa Józefa Życińskiego kłamcą i łajdakiem. Dlaczego?

Grzegorz Braun:

Mój nowy film „Eugenika – w imię postępu" od kilku miesięcy nie mógł się doczekać emisji w TVP. Chętnie zatem skorzystałem z zaproszenia na pokaz autorski ze strony koła historyków KUL i miesięcznika „Polonia Christiana". Po pokazie jestem zawsze do dyspozycji publiczności. Jedno z pytań dotyczyło właśnie niesławnej pamięci arcypasterza archidiecezji lubelskiej. Kiedy mnie grzecznie pytają, to ja grzecznie odpowiadam.

Pana wypowiedź na temat arcybiskupa trudno nazwać grzeczną odpowiedzią.

Staram się być komunikatywny, bo cenię sobie w życiu publicznym jasność opinii.

Nie chcę brnąć w dwuznaczności. Józef Życiński, niech mu ziemia lekką będzie, był kłamcą, bo publicznie negował doskonale znane sobie fakty. A łajdactwem nazywam korzystanie z nieprzeciętnej inteligencji, talentu oratorskiego i publicystycznego, który niewątpliwe posiadał, w celu dezinformowania opinii publicznej.

Jakież to „doskonale znane fakty" ma pan na myśli?

Józef Życiński służył SB jako TW „Filozof". Publicznie wypierał się nie tylko tych faktów, ale też włożył wiele wysiłku w sianie zamętu w sprawach ważnych dla jakości polskiego życia publicznego i życia Kościoła w Polsce.

„Sianie zamętu"? O co panu chodzi?

Dezawuował nie tylko osoby, które publikowały informacje na jego temat. Osłaniał też ludzi, którzy podobnie jak on mieli w życiorysie fakt współpracy z SB. Był inicjatorem demagogicznej kampanii antylustracyjnej. Kiedy publicysta Stanisław Michalkiewicz oględnie wspomniał w swoich tekstach, że prof. Jerzy Kłoczowski, senator III RP zarejestrowany jako TW „Historyk", nie powinien się wypowiadać w sprawach istotnych dla Polski – wówczas abp Józef Życiński obłożył publicystę anatemą. Stwierdził mianowicie, że to, co napisał Michalkiewicz, jest „szczytem prymitywizmu moralnego". To określenie zostało od razu podchwycone przez media – z „gwiazdą śmierci" z ulicy Czerskiej na czele.

Abp Józef Życiński wobec lustracji stosował chrześcijańskie zasady. Mówił, że „Kościół będzie szukał skutecznych środków działania, by można było łączyć sprawiedliwość i przebaczenie, szacunek dla człowieka i prawdę"...

Racjonalne jest postulowanie jawności w życiu publicznym. Polacy mają prawo wiedzieć, kto właściwie do nich mówi – kto ich poucza z telewizora czy z ambony. Józef Życiński był żarliwym i perfidnym orędownikiem zakłamania, permanentnego matactwa w życiu publicznym naszego post-PRL. Na krótko przed tym, kiedy miały się pojawić w mediach informacje o jego współpracy z SB, powołał tzw. komisję ds. trudnych.

Ta komisja niczego nie ujawniła, a jedynie przyczyniła się do zamazania faktów i stała się zasłoną dymną, która miała pomóc w utrzymaniu zmowy milczenia.

Nie zmienia to faktu, że nazywanie kogoś już po śmierci kłamcą i łajdakiem nie daje mu możliwości obrony.

Tej opinii nie taiłem i za życia delikwenta. Ale wówczas nie można było o tym przeczytać w „Wyborczej". Więc teraz w gruncie rzeczy jestem wdzięczny „Wyborczej" za popularyzowanie mojej opinii – lepiej późno niż wcale. Podejrzewam ich nawet o kryptoreklamę.

W jakim sensie?

Zdjęcie, które wybrano do zilustrowania artykułu o moim wystąpieniu na KUL, nie było najgorsze. Można było wybrać takie, na którym miałbym znacznie głupszą minę. Dodatkowo moje nazwisko i tytuł filmu wydrukowano bez błędów. Nastąpiła dramatyczna utrata czujności w redakcji „GW" albo mam tam po prostu ukrytych fanów.

Grzegorz Braun jest reżyserem, scenarzystą, publicystą, autorem wielu dokumentów, m.in. filmu „Plusy dodatnie, plusy ujemne" na temat współpracy Lecha Wałęsy z SB