Był ordynator chirurgii w warszawskim Szpitalu Południowym stwierdził, że w placówce miało dochodzić do poważnych błędów medycznych, w wyniku których umierali pacjenci. Waldemar Żurek zapowiedział śledztwo w tej sprawie. Domyślam się jednak, że działania prokuratury będą trwały latami.

Tak. Sprawy błędów medycznych nie są proste. Mówimy o odpowiedzialności za śmierć i to odpowiedzialności indywidualnej konkretnego lekarza. To nie są sprawy, które się rozstrzyga w oparciu o relacje świadków czy nawet wyłącznie o dokumentację medyczną. Przede wszystkim wymaga to przeprowadzenia klasycznego postępowania przygotowawczego, czyli przesłuchania świadków, analizy dokumentacji medycznej, a potem pozyskania opinii biegłych.

Czytaj więcej

Afera w Szpitalu Południowym. Czy były ordynator jest sygnalistą? Są wątpliwości

Ile czasu to potrwa?

Obawiam się, że najbliższe tygodnie, czy nawet miesiące nie przyniosą żadnej wiążącej odpowiedzi w tej sprawie. Biorąc pod uwagę same wymogi formalne, to akt oskarżenia mógłby zostać skierowany do sądu najwcześniej za rok. Na SOR-ze Szpitala Południowego jest przyjmowanych kilkadziesiąt pacjentów dziennie. Jeśli badamy sprawę konkretnego lekarza, to musimy zawęzić tę grupę. Nadal chodzi jednak o co najmniej kilkanaście przypadków, które będą wymagały głębszego sprawdzenia. Z pewnością pomocne będą relacje pacjentów, które albo potwierdzą, albo zaprzeczą obrazowi naszkicowanemu przez lekarza-sygnalistę.

Czytaj więcej

Waldemar Żurek: analizujemy wszystkie zgłoszenia zgonów w Szpitalu Południowym

A później jeszcze kilka lat sądowego procesu?

Tego typu sprawy ciągną się latami. Sądy przesłuchują świadków, oceniają dowody, powołują biegłych. To wymaga czasu.

Istnieje możliwość przyspieszenia tego typu postępowania?

Nie, nie ma takiej możliwości.

W praktyce więc na lekarzu, wobec którego publicznie stawia się oskarżenia o doprowadzenie do śmierci pacjentów, przez lata będzie ciążył cień podejrzenia.

On jeszcze nie jest oskarżony, a nawet podejrzany w rozumieniu procedury karnej. Do czasu postawienia zarzutów, lekarz ma status świadka. Dziś to, co mamy, to publiczne wypowiedzi lekarza-sygnalisty, który twierdzi, że na SOR-ze umierali ludzie i wypowiedzi prezesa Naczelnej Izby Lekarskiej Łukasza Jankowskiego, że część tych informacji jest potwierdzona przez innych lekarzy. Sygnalista twierdzi, że to się działo na skutek błędów medycznych. Jak podaje prokurator generalny, w prokuraturze toczyło się kilkanaście spraw związanych ze zgonami w Szpitalu Południowym. Według mnie w pierwszej kolejności wyjaśnienia wymaga to, czy SOR był miejscem podwyższonego ryzyka dla pacjentów z powodu wadliwej organizacji np. niewłaściwie obsadzonych dyżurów, czy też do tragedii dochodziło na skutek błędów lekarskich konkretnego lekarza.

Czytaj więcej

Mec. Jacek Dubois: Pan Emil Jędrzejewski musi się liczyć z procesem karnym

W jaki sposób różnicuje to odpowiedzialność szpitala albo lekarza?

W przypadku błędów organizacyjnych, które przekładają się na życie czy zdrowie pacjentów, możemy mówić o odpowiedzialności cywilnej szpitala jako jednostki. Jeśli natomiast odpowiedzialność da się zindywidualizować, czyli przypisać winę konkretnemu lekarzowi, to w grę oczywiście może wchodzić też odpowiedzialność karna i cywilna tego lekarza.

Czy sprawy błędów medycznych mogą być badane przez sąd zbiorczo, czy każda z nich musi być oceniana indywidualnie?

Mogą być badane zbiorczo. To jest stosunkowo rzadkie, ale wtedy łatwiej uzyskać pełen obraz sytuacji w danym szpitalu.

Zdarza się, że zbiorczo badane są sprawy błędów medycznych konkretnego lekarza?

Powodem zbiorczego badania spraw niekoniecznie jest wspólny mianownik w postaci tego samego lekarza, raczej chodzi o powtarzająca się nieprawidłowość. Przykładowo, w mojej praktyce miałam do czynienia ze sprawą niewłaściwej organizacji badania klinicznego, w której pokrzywdzonych było szereg pacjentów. Inna sprawa, sprzed wielu lat: zbiorowe zakażenie wirusem żółtaczki typu C. Zdarzają się więc takie sprawy, w których z założenia wiadomo, że pokrzywdzonych może być więcej. Wtedy prokuratura może przyglądać się całej sytuacji łącznie, by poznać dokładnie mechanizm i skalę nieprawidłowości.

Czytaj więcej

Ordynator Szpitala Południowego odpowiada na zarzuty. „Jestem oburzony i przerażony”

Jak często o nieprawidłowościach informują tzw. lekarze-sygnaliści?

Bardzo rzadko. Wśród lekarzy panuje zmowa milczenia. Nikt nie chce wychylać się poza własne obowiązki, ani recenzować pracy kolegów.

Co grozi lekarzowi za udawanie, że nie widzi błędów kolegów?

Każdy obywatel ma obowiązek zawiadomić organy ścigania o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Lekarze nie są w żaden sposób zwolnieni z tej odpowiedzialności.

Jeśli jednak lekarz wiedział o przestępstwie, a milczał, to bywa później o to oskarżany?

Nigdy nie spotkałam się z zarzutami w związku z niezawiadomieniem organów ścigania o przestępstwie, co do którego się miało pewne podejrzenia. Może sprawa lekarza-sygnalisty ze Szpitala Południowego będzie pierwszą tego typu sprawą. Choć pan doktor stwierdził, że nie miał wystarczająco twardych dowodów, by iść do prokuratury. Nie był bezpośrednim świadkiem tych sytuacji, a jedynie o nich słyszał. Powiedział jednak, że o nieprawidłowościach zawiadomił swoich przełożonych, którzy – jak wskazał – nie podjęli dalszych kroków.

Grożą im za to konsekwencje?

Na pewno na pierwszy rzut oka byłoby to bardziej uzasadnione. Przełożeni mają przecież możliwość przeprowadzenia czynności sprawdzających. Mogą dokonać analizy zdarzeń niepożądanych, a możliwych do uniknięcia. W razie nieprawidłowości władze szpitala powinny zastanowić się, czy w przypadku danego pacjenta doszło do powikłania pooperacyjnego, czy też szkoda na zdrowiu była konsekwencją zaniedbania lekarza albo jego rażącego błędu. Szpital ma narzędzia do takich analiz i powinien kontrolować jakość udzielanych świadczeń zdrowotnych.

Medialna wypowiedź lekarza-sygnalisty z jednej strony poskutkowała oburzeniem na władze szpitala, a z drugiej wywoła ataki na samego sygnalistę. Spodziewa się pani, że dr Emil Jędrzejewski zachęci innych lekarzy do zgłaszania nadużyć, czy raczej ich od tego odwiedzie?

Myślę, że raczej zachęci, niż zniechęci. Panująca dotychczas zmowa milczenia być może zostanie przełamana. Jeśli zarzuty formułowane pod adresem lekarza kierującego SOR-em w Szpitalu Południowym się potwierdzą, to będziemy mieli dowód na to, że w określonych sytuacjach trzeba się wykazać odwagą cywilną i nawet kosztem własnego komfortu zgłosić nadużycia, bo po prostu trzeba być przyzwoitym.

Odwołując się do pani doświadczenia jako pełnomocniczki pacjentów – dużo jest spraw, w których lekarz mógł zawiadomić o błędach kolegi, a tego nie zrobił?

Niestety tak. W przeszłości miałam np. kilka spraw wadliwie wykonywanych operacji w sposób powtarzalny przez tego samego lekarza, ordynatora chirurgii w szpitalu powiatowym. Dyrekcja o wszystkim wiedziała, dostawała kolejne pozwy i nic z tym nie zrobiła. W tej sprawie nie doszło do przestępstwa. Chodziło o powtarzalne błędy lekarskie wynikające z braku wiedzy i z nieaktualizowania swoich kwalifikacji, czyli powinno to podlegać jakościowemu nadzorowi szpitala. Jednak nikt z tym nic nie robił, bo pan ordynator był człowiekiem o określonych układach. To są sytuacje powiązań wszelkiego typu – od politycznych, przez rodzinne i wynikające ze stopnia naukowego. Takie zależności są, nie zawaham się powiedzieć, powszechne. Tylko nie zawsze mają tak drastyczne skutki, jak to, co opisuje lekarz-sygnalista ze Szpitala Południowego.

Władze szpitala, o którym pani mówi, poniosły odpowiedzialność?

Nie. Musiałyby zostać do tej odpowiedzialności pociągnięte przez organ założycielski. A takie interwencje to już nie jest zadanie poszkodowanego pacjenta, który koncentruje się na swojej indywidualnej sprawie.