Ok. 800 osób wzięło udział w sobotę w pierwszym Marszu Równości w Białymstoku. Imprezę kilkakrotnie próbowali zablokować kontrmanifestanci. W stronę idących chuligani rzucali kamieniami, racami i jajkami. Interweniowała policja, używając m.in. gazu. Jak dotąd zatrzymano 36 osób.
We wtorek minister edukacji był pytany o swe słowa. Powiedział, że zostały źle odczytane. - Ja tylko mówiłem o tym, że tego typu manifestacje budzą ogromne emocje - oświadczył.
- One czasami doprowadzają także do zachowań agresywnych i w Białymstoku mieliśmy do czynienia z taką sytuacją. W związku z tym mówiłem o tym, że warto przygotować się na skutki organizowania takich manifestacji. Jednym z nich jest m.in. ogromna skala emocji - podkreślił.
Minister dodał, że Polska jest demokratycznym państwem prawa. - U nas wszyscy, także ci, którzy mają inne pomysły na funkcjonowanie w życiu, mają prawo do tego, aby organizować manifestacje i w Białymstoku taka manifestacja się odbyła - powiedział.
Zapewnił, że państwo polskie udziela ochrony manifestantom. - Nikt przecież policjantów nie pyta o to, jakie mają poglądy w takiej czy innej kwestii - dodał.
Piontkowski stwierdził, że policjanci mają obowiązek chronić uczestników manifestacji, przygodnych przechodniów oraz tych, którzy "próbują wyrażać zupełnie inne emocje". - I w Białymstoku w miarę skutecznie starano się to zrobić - ocenił. - Natomiast policja nie jest w stanie zabezpieczyć choćby terenu całego miasta czy całego kraju przy tego typu manifestacjach - dodał szef MEN.
Dariusz Piontkowski powtórzył, że w opinii wielu, a nawet zdecydowanej większości Polaków, "tego typu manifestacje budzą po prostu opór".
Minister został zapytany, czy w kwestii organizowania marszów równości jest za, czy przeciw. - Gdybym popierał tego typu manifestację, to chętnie bym wziął w niej udział - powiedział. - Ponieważ nie brałem udziału ani w manifestacji, ani w kontrmanifestacji, czuję się zwolniony z odpowiedzi - dodał.