Yoon usłyszał wyrok w sprawie dotyczącej polecenia, jakie miał wydać w sprawie, by stworzyć pretekst do wprowadzenia w Korei Południowej stanu wojennego. 30 lat więzienia to wymiar kary, którego domagała się prokuratura. Wyrok nie jest ostateczny, Yoon może się od niego odwołać.
Czytaj więcej
Sąd uznał Yoon Suk-yeola, byłego prezydenta Korei Południowej winnym próby rebelii w związku z nieudaną próbą wprowadzenia stanu wojennego w 2024 r...
Yoon zaprzeczał stawianym mu zarzutom. Jego prawnicy twierdzili, że ani nie nakazał, ani nie zatwierdził operacji, która – jak przekonywali – nie miała nic wspólnego ze stanem wojennym i była odpowiedzią na wysyłanie przez Koreę Północną balonów z podwieszonymi pod nimi workami ze śmieciami na południowokoreańską stronę.
Niedawno pojawiła się informacja, że resort obrony Korei Południowej prowadzi śledztwo dotyczące tego, w jaki sposób drony, które zostały wysłane nad Pjongjang na kilka tygodni przed próbą wprowadzenia w kraju stanu wojennego, zostały dopuszczone do służby.
Prokuratura zarzuciła Yoonowi, że ten świadomie wysłał drony nad Koreę Północną, by wywołać reakcję Pjongjangu, która z kolei miała być wykorzystana jako pretekst do wprowadzenia w kraju stanu wojennego. Śledztwo, które wszczął resort obrony Korei Południowej w tej sprawie dotyczy podejrzeń, że drony zostały dopuszczone do służby z pominięciem obowiązujących procedur wymaganych przy programach pozyskiwania uzbrojenia (wymaga to m.in. formalnego złożenia zapotrzebowania na określony system uzbrojenia przez armię).
Nieudaną próbę wprowadzenia stanu wojennego w Korei Południowej Yoon podjął w grudniu 2004 roku. Powoływał się wówczas m.in. na zagrożenie ze strony Korei Północnej. Stan wojenny trwał tylko kilka godzin i został zniesiony przez parlament, a Yoon został poddany procedurze impeachmentu.
Yoon Sook-yeol skazany przez sąd na dożywocie za próbę rebelii
Sąd w Seulu skazał już wcześniej Yoona na dożywocie, uznając go winnym w sprawie rebelii w związku z nieudaną próbą wprowadzenia stanu wojennego. Prokuratura domagała się w związku z tym zarzutem kary śmierci.
Nieudaną próbę wprowadzenia stanu wojennego w Korei Południowej śledczy uznali za rebelię, w związku ze skierowaniem przez Yoona i podległą mu administrację wojska na teren Zgromadzenia Narodowego (jednoizbowy parlament). Żołnierze mieli uniemożliwić parlamentarzystom dostanie się do budynku – to się ostatecznie nie udało, niemal 200 z nich zebrało się w sali posiedzeń i jednogłośnie zagłosowało za zniesieniem wprowadzonego przez Yoona stanu wojennego.
Czytaj więcej
Ahn Gyu-back został wyznaczony przez prezydenta Lee Jae-myunga na nowego ministra obrony Korei Południowej. To pierwszy od 64 lat przypadek, gdy na...
W czasie obowiązywania stanu wojennego działanie parlamentu, ale też partii politycznych miało być zawieszone. Przeciwnicy Yoona przekonywali, że była to próba zamachu stanu i chęć rozprawienia się przez prezydenta z przeciwnikami politycznymi. Sam Yoon powoływał się na konieczność rozprawienia się z siłami antypaństwowymi, które sprzyjają Korei Północnej. Wskazywał też na zagrożenie ze strony Pjongjangu.
Zgodnie z konstytucją Korei Południowej aktem rebelii jest działanie, którego celem jest usunięcie części lub całości władz państwowych lub wywołanie buntu w celu zniesienia konstytucji.
Sąd orzekł, że samo wprowadzenie stanu wojennego nie może być uznane za rebelię, ale w przypadku Yoona zarzut wzniecenia rebelii jest uzasadniony, ponieważ celem stanu wojennego było sparaliżowanie funkcjonowania organu konstytucyjnego.
– Były prezydent Yoon zaplanował zbrodnię osobiście i odgrywał w niej wiodącą rolę, zaangażował też wiele osób w zbrodnię – mówił w lutym sędzia, wydając wyrok w sprawie rebelii. – Wprowadzenie stanu wojennego pociągnęło za sobą ogromne koszty społeczne, a oskarżony niemal wcale nie okazał skruchy – dodał.
Orzekając karę dożywocia, a nie postulowaną przez prokuraturę karę śmierci, sąd podkreślił, że wziął pod uwagę fakt, iż plan się nie powiódł, użycie siły fizycznej w trakcie sześciu godzin, gdy stan wojenny obowiązywał, było ograniczone, a były prezydent był do momentu całej sprawy człowiekiem niekaranym.