Soft power danego kraju niełatwo jest zmierzyć. Tym trudniej jest oszacować jego spadek. Najwyraźniej nie zdołał tego w każdym razie prawidłowo ocenić w przypadku Stanów Zjednoczonych lider Fideszu. Przez wiele miesięcy poprzedzających wybory parlamentarne 12 kwietnia starał się przekonać Donalda Trumpa do przyjazdu do Budapesztu. Uważał, że to będzie jego „wunderwaffe”, która przechyli szalę zwycięstwa w starciu z opozycyjną Tiszą. Ostatecznie Orbán musiał się zadowolić pojawieniem się na ostatniej prostej kampanii wyborczej najpierw sekretarza stanu Marco Rubio, a potem wiceprezydenta J. D. Vance’a. Jednak tego ostatniego witały puste ulice Budapesztu, a instytuty badania opinii publicznej zanotowały, że po wizycie Amerykanina poparcie dla reżimowego Fideszu nie tylko się nie umocniło, ale wręcz spadło o trzy punkty procentowe.