„Niespokojna bywa głowa, która nosi koronę” – czytamy u Szekspira. Ustawa o reformie Państwowej Inspekcji Pracy – dziewięć miesięcy pracy, rollercoaster w rządzie, potężne napięcia – a obecnie znajduje się na biurku prezydenta. Było warto?
Tak. Zdecydowanie tak. Choć
nie ma co się oszukiwać, nie zawsze było lekko. Ale zdecydowanie było warto – i mówię to jeszcze zanim ta ustawa wchodzi w życie, zanim uzyskuje podpis prezydenta i faktycznie staje się obowiązującym prawem. Sama debata wokół tego projektu już przyniosła realne zmiany. To po pierwsze, wzrost świadomości problemu. Główny inspektor pracy poinformował, że kilkakrotnie wzrosła liczba skarg dotyczących umów śmieciowych, do PIP napływają zgłoszenia potrzeby ich przekształcenia w umowy o pracę. To znak, że wzrosła świadomość wśród pracowników – że w tym, czego doświadczają, coś jest nie tak, że mają prawo do stabilnej pracy i że jest instytucja, która pomaga to prawo egzekwować, a państwo stoi na straży ich praw.