Po co władza wymyśliła sobie, że zapyta obywateli w referendum, czy chcą likwidacji płotu na granicy polsko-białoruskiej? Dość dziwne przecież pytanie, bo dotyczące sprawy obronności państwa oraz konstrukcji, która kosztowała już polskiego podatnika – uwaga – dobrze ponad 1,5 mld zł. Czy gdyby wynik referendum okazał się wiążący, a głosujący zdecydowaliby, że płotu nie chcą, to rząd by go posłusznie rozebrał, wydając na to kolejny miliard? W zasadzie – powinien.
Ale czy wiedzą państwo, że za niepodporządkowanie się wynikowi wiążącego referendum właściwie nic władzy nie grozi? I nie jest to jedyna kwestia, która pozostaje w związku z referendum niejasna.
Czytaj więcej
Jeśli opozycja wejdzie w narzuconą przez PiS narrację, przegra wybory. Musi znaleźć własną opowieść, skierować debatę na inne tematy i wywrócić sto...
Najpierw jednak wyjaśnijmy, po co czwarte pytanie. Otóż rządzący chcą ewidentnie sprowokować najbardziej fanatycznych zwolenników opozycji i sprawić, że zamiast referendum zbojkotować, ulegliby pokusie zagłosowania przeciwko płotowi, tym samym dokładając się do frekwencji i zbliżając referendum do wyniku wiążącego, czyli ponad połowy uprawnionych do głosowania.
Tymczasem okazuje się, że wokół prawnych aspektów referendum jest mnóstwo wątpliwości. Podstawowa kwestia to sposób liczenia frekwencji.
Czytaj więcej
Każdy głosujący 15 października wyborca może odmówić przyjęcia którejkolwiek z trzech kart do głosowania: do Sejmu, Senatu lub referendum – wyjaśni...
Czy ważna będzie liczba kart pobranych czy wyjętych z urny – co nie musi być tożsame? Z ustawy wynika wprost, że liczą się karty wyjęte z urny, a nie pobrane, ale niektórzy prawnicy uważają inaczej.
Ma to znaczenie, bo spora liczba wyborców może się połapać, że zostali „wrobieni” w głosowanie w absurdalnym referendum, dopiero po pobraniu kart, które będą im niechybnie wciskane obok kart do głosowania w wyborach. Wtedy będą chcieli z głosowania zrezygnować, tyle że gdyby liczyła się liczba kart pobranych – nic im to już nie da. Pobrali karty, a więc podnieśli frekwencję.
Ale nawet gdyby okazało się, że liczą się karty wyjęte z urn, a nie pobrane, to wyborca, który kartę już pobrał, ale nie chce jej wrzucać do urny, praktycznie nie ma co z nią zrobić. Jeśli wyniesie ją z lokalu, popełni przestępstwo z art. 497a kodeksu wyborczego. Jeśli ją podrze – podpadnie pod art. 248 kodeksu karnego (choć nawet i o to są spory). Oddanie nieważnego głosu też nic nie da, bo nieważny głos na ważnej karcie liczy się wciąż jako udział w wyborach. Karty zaś unieważnić się nie da bez jej zniszczenia – i kółko się zamyka.
Czytaj więcej
Nie zauważyłem, by ktokolwiek w Polsce dyskutował o rozbiórce płotu na granicy z Białorusią. PiS jednak uważa, że ktoś owej rozbiórki chce. Kto? Od...
Jedyny pewny sposób, żeby w referendum nie brać udziału, to niepobranie karty. Do wielu może to jednak nie dotrzeć.
Do tego typu wątpliwości PiS ma zapewne stosunek równie pełen dezynwoltury co do układania pytań. Na przykład pytanie pierwsze – o „wyprzedaż” przedsiębiorstw państwowych – literalnie rzecz biorąc dotyczy… 18 – słownie: osiemnastu – przedsiębiorstw państwowych, ponieważ tylko tyle ich w Polsce jest zgodnie z ich definicją ustawową. Z tego połowa w likwidacji lub upadłości.
Referendum już teraz wygląda jak organizowane przez grupę Monty Pythona, a po jego przeprowadzeniu farsa może się przenieść do Sądu Najwyższego, który rozstrzyga o jego ważności.
Autor jest publicystą „Do Rzeczy”