Jarosław Gowin w ewentualnym przyszłym rządzie to gwarancja, że jakiekolwiek progresywne postulaty, na Zachodzie będące standardem, nie wejdą u nas w życie. I to nie dlatego, że Gowin „sprzedał się PiS-owi”, tylko ze względu na to, jakie poglądy ma były członek Zjednoczonej Prawicy.

Jego status na tę chwilę jest co najmniej niejasny. Media donoszą, że ma ustąpić ze stanowiska szefa Porozumienia, a opozycja zastanawia się, co zrobić z jego obecnością na politycznym rynku. Z jednej bowiem strony, mimo dramatycznych sondaży, ma Gowin pewien kapitał. Wprawdzie wielu swoich posłów utracił na skutek walk frakcyjnych za czasów współtworzenia rządu, ale najwierniejsi pozostali lojalni. Z drugiej zaś obciąża go „głosowanie, ale niecieszenie się”, czyli wszystkie kompromisy, na jakie musiał pójść z własnym sumieniem, gdy był w szeregach ZP.

Czytaj więcej

Aleksander Hall: Nie chodzi tylko o Gowina

Pisowska przeszłość Gowina ma znaczenie nie tyle dla polityków PO, Lewicy czy PSL-u, ile dla wyborców, szczególnie tych bardziej zaangażowanych. „Pamiętajcie! Weźmiecie Gowina na listy, to mojego głosu nie macie! Mojego i całej mojej rodziny! Nie znam też wśród znajomych kogoś, kto wtedy na was zagłosuje. Pamiętajcie!!!” – napisał na Twitterze senator PO Adam Szejnfeld, opisując sytuację, która spotkała go w sklepowej kolejce. I jakkolwiek nie jest to przykład reprezentatywny dla polskiego wyborcy, tak również o tę część elektoratu politycy muszą dbać. Nawet jeśli jej motywacją jest tylko ślepa nienawiść do PiS-u.

Co ciekawe i zarazem zabawne, postawa z wpisu Szejnfelda różni się znacznie od publicystycznego zaplecza opozycyjnego mainstreamu, które niemal z miejsca wybaczyło Gowinowi dawną przynależność, przyjmując byłego wicepremiera do grona „swoich”.

Zapewne sejmowe szable Porozumienia rzeczywiście byłyby czymś, czym tylko ktoś nieracjonalny mógłby pogardzić. Mogą przecież stanowić o parlamentarnej większości. Warto jednak zadać sobie mniej taktyczne, a bardziej merytoryczne pytanie: co można by nimi ugrać? Jakie ważne dla nowego pokolenia reformy miałyby poparcie Jarosława Gowina i jego zaplecza?

I tu zaczynają się schody. Okazuje się, że duża część istotnych zmian, których urzeczywistnienia oczekują dzisiejsi młodzi, a więc coraz bardziej znaczący elektorat, to postulaty sprzeczne z wizją świata według Gowina. Związki partnerskie? Przerabiane za rządów PO, nie przeszły między innymi dzięki Gowinowi. In vitro? „Moje najświętsze przekonanie polega na tym, że jeśli zamraża się zarodki, to jest to traktowanie istoty ludzkiej w sposób instrumentalny” (wypowiedź dla TOK FM, 2018 rok). Podatki? To Gowin mówił o chaotycznym, ale na swój sposób progresywnym Polski Ładzie jako o „socjalizmie” (ile razy już to słyszeliśmy?), a forsując „ulgę Gowina”, uczynił ten pakiet reform bezzębnym.

I tak można wymieniać. Żeby było jasne – nie sam fakt bycia w rządzie PiS-u jest tu zarzutem. Ale wbrew obiegowej opinii szef Porozumienia tak naprawdę ma poglądy. To konserwatywno-liberalne archaizmy z lat 90., które wówczas były w głównym nurcie, ale dziś, kiedy stoimy przed poważniejszymi wyzwaniami, nie przystają do rzeczywistości. Jako przedstawiciel młodego pokolenia wolałbym kogoś, kto nie kieruje zużytymi kliszami, ale śledzi i wyciąga wnioski z debat, które toczą się na świecie. O społeczeństwie, o roli państwa, o podatkach, o pracy. Nie interesuje mnie polityk, który chce wygrać z Kaczyńskim dla samego zwycięstwa, a nie dla wprowadzenia zmian, których przecież potrzeba na wielu polach – od podatków, przez ochronę zdrowia, po edukację.

Ani trochę więc nie dziwię się Lewicy, że nie chce układać się z Gowinem. Przecież jego poglądy zarówno gospodarcze, jak i światopoglądowe nijak nie pasują nawet nie do europejskiej socjaldemokracji, ale do chadecji. A jeśli jedynym wspólnym mianownikiem miałaby być niechęć do Kaczyńskiego, to nie dość, że taka koalicja nie miałaby prawa przetrwać, to jeszcze można by do niej śmiało zaprosić Konfederację. Przecież ona, deklaratywnie, też nie lubi PiS-u.

Autor jest uczniem I LO w Grudziądzu