Redakcje rosyjskich mediów już nie otrzymają wcześniejszego upomnienia i nie będą mogły polemizować z władzami. Wystarczy, że prokurator uzna, że w którymś z artykułów autor wykazał się „brakiem szacunku do władz” albo przedstawił „niewiarygodne informacje”. Najgorzej, gdyby treść materiału została odczytana jako „nawoływanie do nielegalnych zgromadzeń”. Nie można też w żaden sposób opowiadać się za wprowadzeniem jakichkolwiek sankcji wobec Rosji. Lista „zakazanych tematów” jest długa, chodzi m.in. o niepodawanie informacji „dyskredytujących rosyjską armię”. Teraz już wystarczy decyzja prokuratora, by medium straciło licencję i przestało istnieć. A już zaledwie pięć minut później każdy będzie mógł przejąć nazwę takiego „zakazanego medium” i nadawać pod tą nazwą np. kremlowską propagandę. Redakcja będzie mogła pójść z tym do sądu, ale wyrok w tego typu sprawach wydaje się być w rosyjskiej rzeczywistości przesądzony.

Odpowiednia ustawa została przegłosowana w pierwszym czytaniu w rosyjskiej Dumie we wtorek. Umożliwia Prokuraturze Generalnej bez zgody sądu likwidować media w Rosji. Zalegalizowaną w ten sposób cenzurę poparli deputowani prawie wszystkich frakcji z rządzącą Jedną Rosją na czele. Poza komunistami, którzy zgłosili swoje zastrzeżenia i zignorowali głosowanie. Obawiają się, że totalna cenzura rozjedzie walcem również media Komunistycznej Partii Rosji (KPRF). A prowadzą telewizję internetową, portale, a nawet czasopisma i kilka gazet w różnych zakątkach kraju. Nie ruszają tematów polityki zagranicznej, ale często krytykują przedstawicieli władz w sprawach lokalnych.

Czytaj więcej

USA: Rosyjski wywiad stał za atakiem na laureata pokojowej Nagrody Nobla?

Jeden z autorów kontrowersyjnej ustawy Andriej Ługowoj zapewniał, że w kolejnym czytaniu zapoznają się z zastrzeżeniami komunistów. Z mównicy rosyjskiego parlamentu cytował Goebbelsa i przekonywał, że to nie Rosja, lecz Zachód zapożycza metody propagandowe nazistowskich Niemiec. Ługowoj, absolwent wyższej szkoły kontrwywiadu KGB ZSRR, jest oskarżany o zabójstwo Aleksandra Liwinienki w 2006 r. w Londynie.

– Jeżeli któreś medium nie zgodzi się z tym (chodzi o decyzję prokuratora – red.), będzie miało prawo pójść do sądu. Najpierw zamykamy, a później się procesujemy – tłumaczył sens nowej ustawy Ługowoj cytowany przez rosyjskie media.

Wojna, którą Rosja rozpoczęła 24 lutego, wykasowała już prawie wszystkie niezależne i działające legalnie media. Zlikwidowano najbardziej rozpoznawalną niezależną stację radiową Echo Moskwy, której większość akcji należała do spółki Gazpromu. A w sieci wykasowano portal i archiwum, które zawierało ogromną ilość materiałów i audycji poświęconych polityce, gospodarce i historii Rosji. Swoją działalność na początku marca całkowicie zawiesiła niezależna internetowa stacja telewizyjna Dożdż. – Potrzebujemy sił, by odetchnąć i zrozumieć, jak pracować dalej – poinformowała swoich widzów w krótkim komunikacie.

Czytaj więcej

Roskomnadzor blokuje stronę francuskiej stacji RFI i "The Moscow Times"

Działalność zawiesiła też „Nowaja Gazeta”, która podobno – jak inne media – nie mogła nazywać wojną „specjalnej operacji woskowej” Rosji. A jej redaktor naczelny i laureat pokojowej nagrody Nobla Dmitrij Muratow został zaatakowany 7 kwietnia. Gdy jechał pociągiem z Moskwy do Samary, oblano go mieszanką czerwonej farby i acetonu. Nikt nie usłyszał zarzutów, ale niezależne śledztwo dziennikarzy gazety wskazało na związki sprawców z wojskiem.

Trudno się żyje. Trzeba cały czas się oglądać. Władze piszą prawo, umożliwiając jego szeroką interpretację

Witalij Dymarski, znany rosyjski dziennikarz i publicysta z Petersburga, redaktor historycznego czasopisma „Dyletant”

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Zgłoś swój projekt w konkursie dla startupów i innowacyjnych firm

WEŹ UDZIAŁ

Na liście „zagranicznych agentów” w Rosji znalazły się już najważniejsze niezależne media z kapitałem zagranicznym, w tym Radio Swoboda oraz rosyjskie redakcje Deutsche Welle i Głosu Ameryki. Na liście „agentów” znalazło się już ponad sto udzielających się publicznie (przeważnie w sieci) osób fizycznych, w tym znany obrońca praw człowieka, 80-letni Lew Ponomariow.

Jak w Rosji wygląda życie niezależnego dziennikarza po wybuchu wojny? – Trudno się żyje. Trzeba cały czas się oglądać. Władze piszą prawo, umożliwiając jego szeroką interpretację. Każdy musi uważać, albo podpadnie, albo nie – mówi „Rzeczpospolitej” Witalij Dymarski, znany rosyjski dziennikarz i publicysta z Petersburga, redaktor historycznego czasopisma „Dyletant”. Prowadzi swój publicystyczny program na kanale Żywoj Gwoźdź na YouTubie, założonym przez dziennikarzy zamkniętego Echa Moskwy.

– Autocenzura była jeszcze przed wojną. Przyjęto już mnóstwo ustaw zastraszających dziennikarzy. Muszę się przyznać, że osobiście również za każdym razem myślę, co powiedzieć i jak to zostanie potraktowane. Tematów dotyczących przebiegu tej wojskowej operacji lepiej nie poruszać. Bo nigdy nie wiadomo, jak to potraktuje resort obrony – dodaje. Sporo jego znajomych już wyjechało z Rosji. A dla tych, którzy pozostali w kraju, jedyną deską ratunku są zagraniczne serwisy internetowe.

– Władze chcą, by dziennikarze zachowywali się jeszcze ciszej – twierdzi.