W ubiegłym tygodniu niemiecka minister obrony Ursula von der Leyen, odnosząc się do krytycznej oceny sytuacji w Polsce i na Węgrzech wyrażoną przez innych uczestników dyskusji na antenie telewizji publicznej ZDF, stwierdziła, że chciałaby "wziąć w obronę kraje wschodnioeuropejskie".
- Słowa, które padły, są niedopuszczalne, na tego rodzaju sytuacje trzeba reagować - ocenił wiceminister obrony narodowej Michał Dworczyk.
Niemieckie ministerstwo obrony oświadczyło jednak dwa dni później, że krytykowany przez przedstawicieli polskiego rządu cytat z wypowiedzi szefowej resortu Ursuli von der Leyen został w mediach społecznościowych zmieniony i wyrwany z kontekstu.
Największa grupa ankietowanych, czyli połowa, uważa, że za zaognienie stosunków polsko-niemieckich odpowiadają w większym stopniu polskie władze. Trzech na dziesięciu ankietowanych wskazuje na władze Niemiec. Zdania w tej kwestii nie ma co piąty respondent.
- Częściej na rolę polskich władz w tej sprawie wskazują mężczyźni (53 proc.), osoby o dochodzie od 3001 do 5000 zł (58 proc.) oraz badani z miast od 100 do 199 tysięcy mieszkańców (57 proc.). Wraz ze wzrostem wieku rośnie odsetek ankietowanych, którzy uważają, że za zaognienie stosunków polsko-niemieckich odpowiada polski rząd – z 36 proc. w najmłodszej grupie do 59 proc. w grupie najstarszej. Podobną zależność widać we wzroście wykształcenia – w grupie o najniższym poziomie wykształcenia odsetek wskazujący na rolę polskiego rządu wynosi 24 proc. podczas gdy w grupie o najwyższym poziomie wykształcenia to 57 proc. - zwraca uwagę Piotr Zimolzak z agencji badawczej SW Research.
Poważne skutki miałoby także formalne postawienie przez nasz rząd na agendzie stosunków polsko-niemieckich kwestii reparacji za drugą wojnę światową. Na razie wiele wskazuje na to, że Warszawa nie przekroczy czerwonych linii. Ale i bez tego kontekst międzynarodowy powoduje, że relacje przez Odrę wchodzą na burzliwe wody – przewidywał już we wrześniu Jędrzej Bielecki.