Od 1966 r. w Świnoujściu odbywa się FAMA – Festiwal Artystyczny Młodzieży Akademickiej. Za komunizmu było to głośne wydarzenie, gdyż ostro odstawało od rozmaitych festiwali piosenki żołnierskiej czy radzieckiej, a nawet polskiej w Opolu. Studenci wnosili do cichego zazwyczaj Świnoujścia element szaleństwa i zakłócali błogi spokój mieszkańców. Na 60. rocznicę FAMY Jarosław Molenda przygotował monografię tej imprezy i trzeba przyznać, że udało mu się oddać zarówno nastrój, jak i skomplikowane dzieje artystycznego święta studentów.
Gigantyczny przegląd twórczości studentów, czyli czym w PRL była FAMA
FAMA wystartowała na dobre, gdy w 1968 r. doszło do tzw. wydarzeń marcowych. Miejsce też było specyficzne: idealne ze względu na oddalenie od centrum kraju, mieszkańcy odbierali niemiecką i duńską telewizję, a czasem komunikaty stacjonującej niedaleko grupy wojsk sowieckich. Książka Molendy omawia rozwój FAMY rok po roku, autor przepytuje kluczowych świadków, a na końcu każdego rozdziału oddaje głos luminarzom. Krótko mówiąc, zbiera te okruchy, które ocalały – nikt wszak, a zwłaszcza TV, nie dokumentował imprezy, jedynie fotograf Ryfczyński strzelał sobie a muzom zdjęcia, które stały się podstawowymi ilustracjami w książce. I zaiste bez nich trudno sobie wyobrazić, czym była FAMA.
Czytaj więcej
W wieku 76 lat zmarła Magda Umer, artystka wielu talentów. Śmierć przyszła po nią o porze roku pasującej do jej nostalgicznego charakteru i najwięk...
A czym była? Gigantycznym jak na polskie warunki przeglądem studenckiej twórczości. W owym czasie studenckie teatry, kabarety, zespoły muzyczne były wizytówką środowiska; był to czas wysypu wybitnych osobowości i trudno posądzić tych z samego świecznika o brak związku z FAMĄ. Przez książkę Molendy przewija się cała plejada sławnych w Polsce nazwisk: piosenkarzy, kabareciarzy, muzyków, aktorów, reżyserów itp. Nie brakuje wzmianek o głośnych utworach powstałych i pierwszy raz prezentowanych na FAMIE, jak piosenka „Zaproście mnie do stołu”, będąca manifestem pokolenia odtrąconego, ogłuszonego ideologicznie, dopuszczonego jedynie do formalnych parteitagów i akcji popierania władzy.
Książka o FAMIE to opowieść o życiu w komunizmie
Czytając Molendę, ma się wrażenie, że bardziej niż relacja o FAMIE jest to opowieść o życiu w komunizmie, o tłamszeniu ludzi w myśl ideologicznych sofizmatów. Myślenie było chyba takie: wyśle się młodych na odludzie, tam oni będą uprawiali swoje głupoty, byle nie bruździli w socjalistycznej ojczyźnie. Rzuci się im jakieś ochłapy, a przy okazji zabawi turystów i zyska wgląd w myślenie tego środowiska. Molenda pokazuje, jak to się udało: warunki zakwaterowania na FAMIE były straszne, wyżywienie marne, nie szwankowało tylko zaopatrzenie w materiały pędne. Przy takim paliwie studenci i świeżo upieczeni absolwenci mogli błysnąć inwencją.
Czytaj więcej
Ja jestem człowiekiem ciszy. Najbardziej lubię nie rozmawiać. Najbardziej lubię czytać, obserwować i milczeć. Świat jest tak potwornie zaśmiecony s...
Oczywiście rachuby decydentów starczyły na krótko, dopóki studenci, a zwłaszcza ich kabarety i teatry nie zaczęli traktować swych powinności serio. Rychło Salon Niezależnych i jego lider Jacek Kleyff dorobili się oficjalnego zakazu występowania. Opisy utarczek z cenzurą, inwigilowania przez SB są stałym motywem książki Molendy. Od 1977 r. FAMĘ zawieszono na kilka lat, została wznowiona dopiero po stanie wojennym podpisem samego Jaruzelskiego. Mnie, który pamiętam tamte czasy, książka o FAMIE napełniła przygnębieniem: zanadto przypomina o mizerii czasu, w jakim żyjemy. Kulturę studencką znamy dziś ze wspomnień, artyści wszelkiej maści też jakby się zminiaturyzowali. Kabarety stały się śmieszne same w sobie. Dlatego „FAMĘ” Molendy czytałem trochę jak „Iliadę” – opisy przeszłości heroicznej. Kudy tam do niej dzisiejszej rzeczywistości.