Fragment książki Marka Lynasa „Za sześć minut zima. Wojna nuklearna i co dalej?” w przekładzie Michała Lipy, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Port, Warszawa 2026
Jednym z największych błędów ruchu antynuklearnego w latach 70. było przesunięcie akcentu z kampanii przeciwko broni na kampanię przeciwko reaktorom jądrowym. Jak pisze historyk Spencer Weart w książce „The Rise of Nuclear Fear” (Narodziny atomowego strachu), „w miarę jak mijały lata 70., przybywało burzliwych protestów przeciwko zagrożeniu związanemu z tym, że jakiś reaktor mógłby nagle eksplodować mimo wysiłków projektantów, ale coraz rzadziej protestowano przeciwko istnieniu tysięcy urządzeń zbudowanych specjalnie po to, aby wybuchały, i możliwości, że spełnią swe zadanie”. Gdyby posłużyć się analogią do mieczy i pługów, było to tak, jakby ruch antynuklearny zapomniał o mieczach i skupił się niemal wyłącznie na domaganiu się delegalizacji pługów. Polityczne ruchy przeciwko energii jądrowej odniosły niezamierzony skutek w postaci budowy tysięcy nowych elektrowni węglowych, a przez to ponoszą częściową odpowiedzialność za dzisiejsze globalne ocieplenie. Według jednego z wyliczeń, gdyby nie protesty przeciwko energii jądrowej, można by uniknąć emisji 174 Gt dwutlenku węgla, a także 9,5 miliona zgonów spowodowanych zanieczyszczeniem powietrza pyłem zawieszonym. Ale to już przeszłość, a łatwo być mądrym po szkodzie. W latach 70. mało kto dobrze rozumiał mechanizm ocieplenia klimatu. Dzisiaj możemy przynajmniej wyciągnąć wnioski i przyrzec sobie, że nie popełnimy drugi raz tego samego błędu, a dla aktywistów domagających się przede wszystkim rezygnacji z cywilnych zastosowań energii atomowej nie ma miejsca w ruchu, którego celem jest delegalizacja broni jądrowej.