Fragment książki Sarah Scoles „Zawsze, nigdy. Przyszłość broni jądrowej”, w przekładzie Łukasza Müllera, która ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne, Wołowiec 2026
Na południowy wschód od Berkeley, gdzie Bethany Goldblum pomaga wychowywać kolejne pokolenie naukowców jądrowych zainteresowanych polityką, leży miasto, w którym polityka ta jest realizowana w praktyce: Livermore, będące siedzibą Narodowego Laboratorium Lawrence Livermore. Kiedy aktywistka Marylia Kelley przeprowadziła się tam kilkadziesiąt lat temu, miała nadzieję, że będzie to sielankowe miejsce, idealne do wychowywania dziecka. Oczywiście wiedziała, że w mieście znajduje się jakieś rządowe laboratorium. Wiedziała również, że najwyraźniej pracuje tam wielu mieszkańców. Nie zdawała sobie jednak sprawy, przynajmniej na początku, że laboratorium istnieje głównie po to, żeby zajmować się bronią jądrową. Nikt nie rozmawiał o tej pracy, a w lokalnej gazecie – w której zatrudniła się na pół etatu – nikt też o tym nie pisał. Kiedy laboratorium i zewnętrzni komentatorzy mimo wszystko dyskutowali o Livermore, zwykle trzymali się jego prac strawniejszych dla public relations, obejmujących dziś rozmaite zadania: od projektowania czujników satelitarnych po promowanie energii termojądrowej.