Joy” ogląda się jak sportowy biopic, w którym liczą się działania bohaterów, a jakość dialogu (patetycznego) schodzi na drugi plan. Śledzimy losy trzech pokoleń naukowców: starszej daty ginekologa, stoickiego Patricka Steptoe’a (Bill Nighy), 40-letniego biologa Roberta Edwardsa (James Norton) i młodej Jean Purdy (Thomasin McKenzie), embriolożki z powołania.

Film Bena Taylora jest jak kino sportowe, które elektryzuje, gdy gracze wychodzą na boisko w finale. W „Joy” ekwiwalentem strzelanych goli będą intensywne chwile, w których nasi aktorzy szafują medycznymi hasełkami, przeprowadzają zabiegi i walczą o swój projekt. Reszta to pretekst, aby wypełnić metraż i przetrzymać widzów aż do napisów końcowych; jak się okazuje, mamy tu wszystko, czego oczekiwalibyśmy od klasycznego kina biograficznego. Prywatne dramaty mieszają się z przełomami w badaniach, przez co narracja przypomina sinusoidę rozpisaną specjalnie pod rodzinne domostwa widzów Netflixa.

Czytaj więcej

„Empire of the Ants”: 103 683 zwiedza okolicę

Ekspozycja praktycznie nie istnieje, więc po seansie nie będziemy pamiętać imion bohaterów. Jeśli sami nie zagłębimy się w temat, „Joy” pozostanie luźną biografią o trójce naukowców o twarzach McKenzie, Nortona i Nighya. Całe trio gra tutaj na autopilocie, powtarzając chwyty ze swoich poprzednich produkcji. Nie ich wina, taki scenariusz, a „Joy” na każdym kroku udowadnia, że jest dziełem zrodzonym głównie w celach zarobkowych.

Tego typu kino powinno pełnić funkcję wehikułu czasu i to się twórcom udało: na dwie godziny zanurzamy się w czasach, w których prasa i Kościół w Anglii miały do powiedzenia więcej niż lekarze.