Wiem, co piszę – sam się na tym przyłapałem. Jeszcze wczoraj wywieszałem niebiesko-żółtą flagę na elewacji swojej kamienicy. Przebierałem i przepierałem stare ubrania, by przekazać je poszkodowanym zza wschodniej granicy, którzy stracili dobytek. Z piwnicy wygrzebałem zabawki, nieprzydatne już moim dzieciom, aby trafiły do ukraińskich rączek. Jeździłem na Dworzec Centralny, gdzie w centrum dla uchodźców potrzebna była pomoc przy wydawaniu darów lub parzeniu herbaty. Znajomej spod Kijowa pomagałem w bezpiecznym dotarciu do rodziny. Ba, przytulałem się do Ukraińców, którzy latem maszerowali ulicami Warszawy i obściskiwali przechodniów, w tym mnie, dziękując za życzliwe przyjęcie. Okazuje się, że łatwo przypudrować sumienie podobnymi gestami, o wiele trudniej żyć razem pod jednym dachem.