Budynek, biały i monumentalny, położony jest wysoko, widać go z daleka. Wiosną zbocze spowija różowa mgła migdałowców, latem pysznią się jesiony i przycięty żywopłot. Czerwona dachówka odcina się wyraźnie od piaskowej elewacji. Nad całością góruje kopuła wieży w kolorze miedzi.

Od prawie stu dwudziestu lat siostry elżbietanki prowadzą tu szpital. Dawniej mieścił się tu także przytułek dla chorych i ubogich, jakiś czas temu zakonnice założyły całodobowy dom opieki. One same niewiele się zmieniły. Brakuje im tylko kornetów, kiedy tak suną, uczesane na gładko, ciche i skupione, po wyłożonych linoleum klasztornych korytarzach. Teraz już ich nie noszą, podobnie jak skórzanych sandałów, dziś mają na głowach skromne białe kwefy i welony, a do tego szare habity i fartuchy. Ale poza tym jest tu kolorowo, ściany pomalowano na żółto i limonkowo. Lamperia dzieli świat pensjonariuszy na pół. Siedzący na wózku ledwo dosięgają głową do żółci. Co innego ci, którzy wciąż chodzą o własnych siłach, dla nich zielona farba kończy się na wysokości pasa. Słoneczniki na ceracie w jadalni są takie same dla wszystkich, tak jak Chrystus kroczący w jasnej poświacie i różowej, lejącej się tunice, z wyciągniętymi rękami. Uśmiecha się do mieszkańców domu opieki błogo z reprodukcji wiszących w korytarzach. Maria stara się na niego nie patrzeć, ale czasem wyrwie się jej komentarz.