Jest w tej książce jeszcze jeden trop, najciekawszy, dając potencjał na nowy rozdział w naszej popkulturze. Otóż Polesie jest u Rzewuskiego przedstawione niczym Luizjana na głębokim amerykańskim Południu. Prypeć wije się na kartach tej powieści i rozgałęzia niczym Missisipi, na bagnach straszą topielce, w lesie tną komary, koszula od wilgotnego powietrza lepi się do ciała, a słowiańszczyzna przeraża jak wudu. Tylko aligatorów brakuje, ale są szpicle sowieccy, kursujący przez zieloną granicę pod ogniem Korpusu Ochrony Pogranicza (jego żołnierze na zdjęciu z 1928 r.).