Roger Federer kontra Rafael Nadal. Matador kontra byk

Australijski finał Rogera Federera z Rafaelem Nadalem przypomniał, że największe namiętności niezmiennie budzą seriale, jak w telewizji.

Aktualizacja: 12.02.2017 21:37 Publikacja: 11.02.2017 23:01

Roger Federer i Rafael Nadal, czyli spotkanie magii i siły.

Roger Federer i Rafael Nadal, czyli spotkanie magii i siły.

Foto: AFP

Mówiono na ich starcia: rapier przeciw mieczowi albo matador kontra byk. Z jednej strony szwajcarski baletmistrz, błyskotliwy i elegancki w ataku, z drugiej muskularny obrońca Nadal, często wystarczająco wytrwały, by zniweczyć Federerową magię. Widoczna gołym okiem różnica stylów i techniki, ale tytuł najlepszego tenisisty świata w zasięgu ręki obydwu.

Bilans po ostatnim meczu w Melbourne wciąż pokazuje przewagę byka (lub, jeśli kto woli, miecza) – 23:12 prowadzi Hiszpan, ale to Szwajcar ma 18 tytułów Wielkiego Szlema, to on zbiera dziś więcej głosów zachwytu i podziwu dla sportowej długowieczności.

Mecze Nadal – Federer, pomimo niemałej historycznej konkurencji, w wielu subiektywnych rankingach wciąż wyprzedzają inne sławne wieloletnie starcia. Składa się na to wiele przyczyn, pierwszą jest to, że do ich spotkań – niemal zawsze wypełnionych dramatycznymi zwrotami akcji – można było dopisać liczne konteksty sportowe i kulturowe. Że wykraczały tak daleko poza pospolitość sportu.

Pierwszy raz zagrali wiosną 2004 roku w Miami. Nadal wygrał łatwo 6:3, 6:3. Miał 17 lat, był wówczas 34. na świecie, Szwajcar był numerem 1. Przegrał, zupełnie nie radząc sobie z potężnym topspinem (rotacją nadawaną piłce) chłopaka z Majorki i nie od razu wyczuł groźny sens budzącej się rywalizacji. Raczej myślał, że porażka spowodowana była przez niedawną grypę. Rok później w tym samym miejscu Federer wygrał finał z Nadalem w pięciu setach, pomimo że przegrywał 2:6, 6:7, 1:4.

Amerykańscy kibice już doceniali „Vamos!" Hiszpana i jego zaciśniętą pięść, ale też pierwsi zobaczyli Szwajcara twardego jak nigdy wcześniej. – Dopiero od tego momentu, gdy pokazałem tę wytrwałość, poczułem, że szanują mnie naprawdę – mówił Roger po latach.

Od tamtego meczu już wiedziano, że każdy kolejny niesie obietnicę wyjątkowej konfrontacji. Rzadko zawodzili publiczność. Czy w deszczowym półfinale Roland Garros 2005, gdy zdesperowany Szwajcar chciał przerwać spotkanie, czy w finale w Rzymie rok później, gdy po znakomitej pięciosetówce na Foro Italico ogłoszono początek Złotej Ery męskiego tenisa, która, jeśli uwierzyć ostatnim wydarzeniom w Melbourne, jeszcze trwa.

„New York Times" porównał wtedy rzymski mecz do trzeciej walki Muhammada Alego i Joe Fraziera („Thrilla in Manila"), bo intensywność starcia przekraczała wszelkie normy, pięć setów trwało pięć godzin i Federer przegrał, prowadząc 4:2 w ostatnim secie. Do tego doszła walka na słowa: Szwajcar oskarżył wujka (i trenera) Toniego Nadala o nielegalne udzielanie rad bratankowi, a bratanek odrzekł, że rywal musi nauczyć się być dżentelmenem także w chwili porażki.

W tym samym roku zagrali jeszcze w Chinach w Masters Cup, wygrał Federer po starciu, które w porównaniach bokserskich miało wedle wielu cechy innej legendarnej walki pięściarzy: Marvin Hagler – Thomas Hearns. Obaj tenisiści rzucili się na siebie z niespotykaną wcześniej agresją. W tej wymianie ciosów nie było równowagi, Szwajcar potrafił dominować, przypuszczano nawet, że znalazł na długo skuteczną broń na Nadala, ale zmiana nie okazała się trwała.

Przenieśli rywalizację na nowe pole – ekscytujące finały Wimbledonu w 2007 (pięć setów dla Federera) i 2008 roku (pięć setów dla Nadala). Te mecze znów podniosły poziom ich współzawodnictwa. Hiszpan w końcu zwyciężył w londyńskim królestwie Szwajcara, ale obaj ponownie zapisali w pamięci widzów akt tenisowej doskonałości – od pierwszej wymiany liczącej 14 uderzeń, przez przerwy na deszcze, tie-breaki, do ostatnich uderzeń, już blisko zmroku. W czwartym secie Federer obronił dwie piłki meczowe, po których już widziano go z pucharem. W piątym, przy prowadzeniu 8:7, Nadal po raz pierwszy w meczu po serwisie ruszył do siatki zagrać woleja i tak wygrał decydującą piłkę.

Napięcie między nimi podtrzymywały świetne spotkania w Australian Open. W 2009 roku Federer miał za sobą serię bolesnych przegranych z Hiszpanem i po pięciu setach w finale znów przegrał. Przez łzy wygłosił wtedy pamiętne zdanie: „ To mnie zabija...", po którym nastąpiła scena, której nikt wcześniej nie widział: mistrz obejmuje płaczącego rywala, pociesza, dodaje otuchy, zachęca do przemowy.

Kiedy 13 lat po pierwszym spotkaniu znów stanęli przy siatce rozegrać finał Australian Open 2017, okazało się, że magia nie minęła. Obaj dojrzali, obaj po przejściach (zmienił się też ich tenis, lecz nie na tyle, by zatrzeć tak cieszące oko fundamentalne różnice). Zwycięstwo starszego o pięć lat Szwajcara przyjęto chyba z odrobinę większą radością, bo to obiecuje, że ciąg dalszy może nastąpić.

Konserwatysta lub liberał

Mają zapewne rację ci, którzy dowodzą, że równie ważna dla tenisa była rywalizacja Martiny Navratilovej z Chris Evert (bilans 43-37 dla Navratilovej). Te pojedynki też porównywano do wielkich seryjnych walk w ringu, ale też do klasyki z ligi NBA rodem (Larry Bird – Magic Johnson) albo golfa (Jack Nicklaus – Arnold Palmer).

Obie panie zasłużyły na takie porównania: grały 80 razy, 60 razy w turniejowych finałach, każda wygrała po 18 turniejów wielkoszlemowych, tworzyły ten serial prawie dwie dekady, od lat 70. Ich pierwsze spotkanie nastąpiło w marcu 1973 roku w Akron (stan Ohio). Przed kilkoma setkami widzów pojawiła się złota amerykańska nastolatka i dwa lata młodsza, trochę zahukana Czeszka, której siła leżała w desperackim ataku i bardzo silnej lewej ręce.

Ich historia przeobraziła się w opowieść o doskonałości i zaskakująco wiernej przyjaźni dopiero po latach rosnącego napięcia, niekiedy po konfliktach wybuchających w atmosferze nieposkromionej ambicji. Obie tenisistki stały się tematem mnóstwa analiz, tak były kontrastowe, tak fascynująca była kolizja ich stylów gry, ale też poglądów politycznych, obyczajów i wyglądu.

Być kibicem Chrissie lub Martiny oznaczało mniej więcej to samo, co dziś identyfikować się jako konserwatysta lub liberał. Gdy grały przeciw sobie, nie było uprzejmego przebijania piłek, były krzyki, grymasy, wściekłość i łzy. Trafiły na czas trudnych narodzin kobiecego tenisa zawodowego i dały mu, z początku nawet nieświadomie, znakomite wsparcie.

Początkowo wygrywała Evert, ale kolejne lata przynosiły coraz większą przewagę Navratilovej. Statystyki tenisowe nie oddają jednak bogactwa ich relacji, bo wbrew pozorom, było w niej też miejsce na szacunek, wsparcie i także na wspólną grę deblową. Nałożyć trzeba na ich mecze czas walki o prawa kobiet i mniejszości seksualnych, także polityczne konsekwencje ucieczki Martiny z Czech do USA.

Evert likwidowała amerykańskie stereotypy dotyczące aktywności sportowej kobiet, choć bez ucieczki w radykalne hasła feministyczne. Stała się gwiazdą stylu, dziś rzeklibyśmy celebrytką, obecną w magazynach plotkarskich, ze względu na romanse z aktorami, gwiazdami rocka i sławami telewizji. Miała kilku mężów (i trójkę synów).

Prawdziwy obraz rywalizacji z Navratilovą przedstawiła, gdy wyznała, że w tej parze to ona była tą bardziej złą, wyrachowaną, twardszą. Że wizerunek wszystkich mylił, że na początku grała w debla z młodą Czeszką, lecz tylko do chwili, gdy uznała, że ta „stała się za dobra". Chris wcale nie była idealną dziewczyną z sąsiedztwa.

Przyjaźń jednak przetrwała, Evert była wśród tych, którzy stanęli w obronie Martiny po jej głośnym wyznaniu, że jest lesbijką, co w Ameryce roku 1981 nie było łatwe.

Pięć lat później to Martina zaprosiła świeżo rozwiedzioną Chris na Boże Narodzenie w Aspen, i przy okazji przedstawiła jej późniejszego męża i ojca jej dzieci narciarza Andy'ego Milla. Wciąż jeszcze grały wyczynowo w tenisa. Różnice oczywiście pozostały, poglądy i cele życiowe obu nie były zbieżne, zwłaszcza gdy Navratilova pozostała mocno zaangażowana w akcje społeczne, od praw mniejszości po ochronę środowiska.

Gdy przyszło do końca ich rywalizacji, szczerości tej przyjaźni trudno jednak było coś zarzucić. Obie przyznawały, że jedna garściami czerpała z drugiej, że nie byłyby takimi znakomitymi mistrzyniami rakiet bez siebie, że byłyby też innymi, w domyśle gorszymi, ludźmi. – W końcu dałyśmy sobie wszystko, co w nas było najlepsze i trochę nie ma sensu oceniać, która była mocniejszą tenisistką. Tylko jeśli szukać przykładu perfekcyjnej rywalizacji, na pewno ją stworzyłyśmy – oceniała Martina Navratilova.

Grały ze sobą tak wiele razy, że wybór najważniejszych meczów tej pary jest trudny. Navratilova mówi najczęściej o Wimbledonie 1985, gdy zwycięstwo dawało jej także rankingowy numer 1 na świecie. Evert wspomina Roland Garros 1985, gdy pod koniec kariery znów pokonała wielką rywalkę, po dwóch latach jej dominacji. Wiele osób twierdzi, że ta trzysetowa bitwa była najwspanialszą, jaką kiedykolwiek stoczyły.

Nóż Niemca

O tamtej rywalizacji powstały filmy i książki. Wcześniej i później też można znaleźć przykłady wielkich pojedynków sław damskiego tenisa, choć już nie w tej samej skali. Nie można jednak zapominać, jak przebiegała rywalizacja Steffi Graf z Arantxą Sanchez-Vicario (28-8 dla Niemki), która zaczęła się mniej więcej wtedy, gdy kończyły grę Evert z Navratilovą. Jak płakały obie po finale Roland Garros 1996 (10:8 dla Graf w decydującym secie), jedna z wyczerpania, druga ze szczęścia.

Choć w ich meczach jedna była wyraźnie lepsza, to dwa wielkoszlemowe finały (Roland Garros 1989 i US Open 1994) wzięła jednak Hiszpanka. Uroda ich walki sprowadzała się jak zawsze do kontrastów stylu – nietrudno było zauważyć różnicę wzrostu, wyglądu i osobowości, ale też do obopólnej wytrwałości, podejmowania ryzyka, stosowania sprytu i taktycznej wiedzy. – Mecze z Arantxą dawały mi taką satysfakcję i emocje, jakich nigdy nie zaznałam po karierze sportowej. Może nie grałam dzięki temu dłużej, ale na pewno były powodem, że nie skończyłam wcześniej kariery – przyznała Niemka.

Jej wielką rywalką na lata mogła być także Monica Seles, ale głośny atak kibica w Hamburgu w 1993 roku zniweczył tę szansę. Nóż Guenthera Parche całkowicie zmienił karierę Serbki, zapewne pozbawił widzów wielu wspomnień i przypływów adrenaliny. Dekada ich spotkań przyniosła wynik 10-5 dla Graf.

Nie jest prostą sprawą ocenić, czy spotkania Sereny Williams z innymi gwiazdami WTA Tour też miały tę magiczną moc tworzenia spektakli rozciągniętych na lata. Kto czekał niecierpliwie na mecze sióstr (dziś, po prawie 20 latach, wynik brzmi 17-11 dla Sereny), ten miewał mieszane uczucia, bo rodzinne napięcie między córkami pana Williamsa niekiedy nie sprzyjało jakości gry.

Może kontrast był za mały, bo obie, zwłaszcza w początkach kariery, grały mocno i prosto, może podskórne przypuszczenia, że siostry nie potrafią grać z sobą na serio, nie sprzyjały emocjom. Ostatni finał Australian Open, choć z wielu względów, także sentymentalnych, był interesujący, przypomniał te wątpliwości. Inne pojedynki Sereny często budziły więcej zainteresowania. Gdyby uwzględnić odmienności stylów, to najwyżej chyba trzeba cenić serial Serena kontra Martina Hingis: 13 meczów, 7-6 dla Amerykanki, choć może są tacy, którzy wolą jej starcia z Jennifer Capriati (10-7) lub Justine Henin (8-6).

Robotnik czy arystokrata

Męski tenis, z całym szacunkiem dla pań, przyniósł jednak więcej okazji do zapamiętania wyjątkowych bitew charakterów i umiejętności. Tylko przy nazwisku Federera można dopisać jeszcze kilka, wśród nich – z Novakiem Djokoviciem (24-21 dla Serba). Ten serial ktoś kiedyś nazwał „pojedynkami nielubiących się braci" i coś jest na rzeczy.

Dwaj wielcy gracze nie przepadają za sobą, ale wiedzą, że są na siebie skazani i muszą podołać wyzwaniom. Są podobni w swym dążeniu do perfekcji, do panowania nad światem tenisa. Różnica polega na elegancji. Szwajcar nie bez przyczyny jest ikoną sportu, naturalny wdzięk na korcie i oczywista charyzma to potężny magnes.

Serb przebijał się na szczyt z pewną dozą młodzieńczej impertynencji, choć skrywanej za ogólną ogładą, lecz zdobywać serca jak Szwajcar – nie potrafił. Obaj są w pewnym stopniu geniuszami rakiety, ale wyrozumowany, chłodny tenis Djokovicia nie sprzyja osiągnięciu takiej temperatury meczów, jaka towarzyszyła starciom Federera z Nadalem. – Nigdy nie stworzymy takiej fascynującej rywalizacji – przyznał kiedyś Szwajcar, także dlatego, by odrobinę dogryźć Serbowi.

– Federer jest może najlepszym tenisistą wszech czasów, ale gdy zdał sobie sprawę, że Novak będzie jego następcą, każdym sposobem próbował go zdyskredytować – powiedział kiedyś ojciec Djokovicia, Srdjan (syn, szczerze czy nie, jednak nie chciał podpisać się pod tym stwierdzeniem). Chłód relacji Szwajcara z Serbem nie musi przeszkadzać kibicom, choć ostatnimi laty przeszkadzała świadomość, że w meczach w Wielkim Szlemie Novak bywał zawsze górą. Dziś, wobec kryzysu Serba i odrodzenia Szwajcara, można pytać, czy jest szansa na odwrócenie tego trendu.

Kto lubi sięgać do starszych kronik męskiego tenisa, zauważy, że wielkie i symboliczne pojedynki były już przed wojną. W kronikach zapisano, jak zaciekle grali Don Budge i Gottfried von Cramm w 1937 roku w Wimbledonie, jak ich meczom przypisywano (choć niesłusznie) symboliczne znaczenie w obliczu zbliżającej się wojny. Niemcy, Ameryka, faszyzm, demokracja – przy okazji padały takie określenia, choć przesadzone. Ale robotnik kontra arystokrata – to było prawdą, gdy miliony ludzi przyklejały ucho do radioodbiorników.

Dystans pomaga wybierać i oceniać, ale w końcu to od każdego miłośnika tenisa zależy, czy woli niezwykłe boje Ivana Lendla z Borisem Beckerem (11-10 dla amerykańskiego Czecha), czy wcześniejsze starcia Kena Rosewalla z Rodem Laverem, które jednak coraz trudniej przywołać z przeszłości, tym bardziej że grali w czasach, gdy zawodowców szanowano mniej od amatorów. Jeśli jednak szukać rekordzistów w dziedzinie długości rywalizacji, to są: Australijczycy grali z sobą 141 razy, Laver wygrał 75-66.

Czas złych manier

Może innych uwiodły pełne iskier spotkania wielkich pyskaczy, na przykład Johna McEnroe z Jimmym Connorsem (20-14) – John mówił szczerze o tych meczach: „walka oszalałych samców alfa", albo krótsza, ale równie intensywna rywalizacja McEnroe z Bjoernem Borgiem (7-7). Przy okazji te mecze przypominają czasy, gdy dobre maniery na korcie i poza nim jakby nie obowiązywały, co nie znaczy jednak, że Nick Kyrgios i jemu podobni dziś na trwałe przywrócą tę modę.

McEnroe grający przeciw Connorsowi, Borgowi lub Lendlowi wprowadził na korty elementy nietypowej rozrywki, dalekiej wprawdzie od reguł tenisa, ale, przyznać trzeba – na swój sposób frapującej. Seriale komediowe z elementami grubiańskiego humoru w końcu też się świetnie sprzedają. Przy wszystkich zastrzeżeniach natury obyczajowej, rakieta w ręku niesfornego Johna była też doskonałym narzędziem walki sportowej, nie tylko przedmiotem rzucanym w sędziego, publiczność lub na kort.

Gusta są różne, więc i wybory z tego czasu różne, ale John McEnroe przegrywający finał Roland Garros 1984 z Ivanem Lendlem (choć prowadził 2-0 w setach), wielu wydaje się meczem, który zaczął jeden z najwspanialszych pojedynków tenisowych osobowości minionego XX wieku. Zakończyli serial w 1992 r., wynik: 21-15 dla Lendla.

Nie ma wątpliwości, że wysokie miejsce można dać także meczom Pete'a Samprasa z Andre Agassim (20-14 dla Samprasa), bo z jednej strony stawał idol młodzieży, z niezwykłym talentem, ale też niepewny swego przeznaczenia, z drugiej tenisista z laserową dokładnością ataku, znakomitym serwisem, wytrzymały i spokojny. Ten kontrast też się podobał. „Pistol Pete" po latach tylko Agassiemu dał niemały komplement: – Andre zawsze wydobywał ze mnie to, co najlepsze.

Jest w rozciągniętych na lata wielkich tenisowych pojedynkach na szczycie wszystko, co potrzeba, by stały się metaforą życia. Jest walka dobra ze złem, piękna z brzydotą, artyzmu z rzemiosłem, była też, całkiem dosłowna, walka płci, ale na szczęście ten serial był krótki i raczej niepotrzebny.

Niby chodzi tylko o wyłonienie lepszego na korcie, ale tak naprawdę wygrywa cały tenis, wygrywa sport, wygrywają kibice, którzy trafili na lata świetności sław, przy okazji wygrywają media, sponsorzy i organizatorzy turniejów, zwłaszcza tych, które mogą finansowo udźwignąć starty największych mistrzów rakiety.

Pat Cash, niezbyt grzeczny australijski mistrz Wimbledonu, miał rację, mówiąc: – Rzeczą, która najbardziej powinna nas interesować w takiej rywalizacji, jest to, że gdy jeden tenisista przez lata potrafi zaleźć za skórę drugiemu i na odwrót, to w efekcie polaryzuje się także świat kibiców. Możesz lubić Rolling Stonesów albo Beatlesów, Led Zeppelin albo Deep Purple oraz Rogera albo Rafę. Ale obaj są cudownymi sportowcami, więc w sumie oznacza to tylko tyle, że tenis potrafi zapierać dech. I dobrze.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Mówiono na ich starcia: rapier przeciw mieczowi albo matador kontra byk. Z jednej strony szwajcarski baletmistrz, błyskotliwy i elegancki w ataku, z drugiej muskularny obrońca Nadal, często wystarczająco wytrwały, by zniweczyć Federerową magię. Widoczna gołym okiem różnica stylów i techniki, ale tytuł najlepszego tenisisty świata w zasięgu ręki obydwu.

Bilans po ostatnim meczu w Melbourne wciąż pokazuje przewagę byka (lub, jeśli kto woli, miecza) – 23:12 prowadzi Hiszpan, ale to Szwajcar ma 18 tytułów Wielkiego Szlema, to on zbiera dziś więcej głosów zachwytu i podziwu dla sportowej długowieczności.

Pozostało 96% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Plus Minus
Jan A.P. Kaczmarek: Dobry film może zmienić życie twórcy
Plus Minus
Tomasz P. Terlikowski: Taka debata o aborcji nie jest ok
Plus Minus
„Dziennik wyjścia”: Rzeczywistość i nierzeczywistość
Plus Minus
Europejskie wybory kota w worku
Plus Minus
Waleczny skorpion