Rok temu, gdy wskaźniki zachorowań były niższe niż obecnie, szkoły były już zamknięte, a lockdown (i to dość twardy) wprowadzony i egzekwowany.

I właśnie to sprawiło, że idącą wówczas drugą falę udało się dość szybko – jak na tamte warunki – ograniczyć. Dziś, choć wskaźniki szybują w górę, nie dzieje się nic. O lockdownie nie ma mowy, szkoły są otwarte, a rodzice mniejszych dzieci sami muszą sobie radzić z regularnymi informacjami o tym, że kolejne klasy idą na kwarantannę, że ich dzieci trafiają do domów, a oni muszą się jakoś nimi zająć i jednocześnie wykonywać pracę, już nie w warunkach lockdownu. Państwo umyło ręce.

Z perspektywy zniknął już nawet – niewątpliwie dzielący Zjednoczoną Prawicę – projekt dotyczący prawa pracodawcy do sprawdzenia, czy pracownik został zaszczepiony...

Czytaj więcej

Tomasz P. Terlikowski: O migrantach językiem Ewangelii

Powodem tej zmiany ma być obecność szczepionek, ale – przypomnijmy – zaszczepieni także chorują (i przenoszą wirusa), a wakcyna chroni głównie przed poważnym przebiegiem choroby. Do tego niemal połowa Polaków nadal nie jest zaszczepiona, a siły przeciwne szczepieniom są coraz silniejsze. W praktyce oznacza to, że ograniczenia nadal są konieczne, a prawne „wymuszanie" szczepień lub regularnych testów (tu powinna zostać zachowana wolność wyboru) nadal jest istotnym elementem walki z pandemią. Bez tego liczba chorych może nadal rosnąć, co oznacza, że rosnąć będzie także liczba zgonów. I to nie tylko tych na covid, ale również osób, które nie otrzymają teraz pomocy, bo ich placówki zostaną ponownie przeznaczone na szpitale covidowe. Brak działań oznacza w istocie zgodę na kolejne zgony.

 Brak działań oznacza w istocie zgodę na kolejne zgony.

Ten brak działań ma, co do tego trudno się spierać, przyczyny polityczne. Obóz Zjednoczonej Prawicy akurat w tej kwestii jest wyjątkowo mało zjednoczony, jego wyborcy często odrzucają same szczepienia, a jeszcze bardziej zdecydowanie jakiekolwiek regulacje w tej kwestii. Z perspektywy polityków jest więc niewątpliwie wyzwaniem zmierzenie się z protestami, a nawet możliwym rozłamem. Jednak weźmy przykład Austrii – są politycy zdolni do takich decyzji. A jak się zdaje, politycy Zjednoczonej Prawicy powinni wyzwanie to potraktować jeszcze poważniej, bo... zobowiązują ich do tego własne słowa sprzed półtora roku. „Szanowni państwo, niestety, w wielu krajach został zastosowany – czy przynajmniej początkowo był stosowany – model darwinistyczny, jak go nazywamy, model, który mówi, że słabi, starsi i chorzy odpadają, a zdrowi maszerują dalej. Ja myślę, że w Polsce, kraju, w którym Solidarność się narodziła, w którym pomoc słabszym jest i była od zawsze szczególnie obecna, taki model jest po prostu nie do przyjęcia. My chcemy naszych słabszych, naszych chorych, naszych obywateli, naszych pacjentów leczyć, pomagać im wyzdrowieć, a nie powiedzieć, że no, musicie przechorować, a jak nie dacie rady, to trudno" – mówił ówczesny minister zdrowia Łukasz Szumowski. A premier Mateusz Morawiecki uzupełniał: „Staraliśmy się ratować i staramy się ratować każde ludzkie życie i stąd błyskawiczne działania, które podejmowaliśmy".

Czytaj więcej

Tomasz Terlikowski: Lęk przed nieznanym jest naturalny

I teraz, jeśli chce się pozostać wiernym tamtym słowom, także warto podjąć błyskawiczne działania. Nie są one proste, wymagają ogromnej odwagi, ale wydają się konieczne, by w Polsce – niespełna półtora roku po tamtych słowach – nie stosować modelu darwinistycznego. Ochrona najsłabszych nie jest sanitaryzmem, lecz zwyczajnym obowiązkiem państwa, które z dumą odwołuje się do korzeni solidarnościowych.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM