Simon Kofe, minister spraw zagranicznych Tuvalu, niewielkiego wyspiarskiego kraju na Pacyfiku, nagrał przesłanie na zakończony przed tygodniem szczyt klimatyczny COP26 w Glasgow, stojąc po kolana w wodzie. Jak mówił, zrobił to w miejscu, które jeszcze do niedawna było suchym lądem.

Liczące zaledwie 11 tysięcy mieszkańców wyspiarskie państwo w swoim najwyższym punkcie wznosi się zaledwie 4,5 metra powyżej poziomu morza. To sprawia, że – podobnie zresztą jak wiele innych krajów na Pacyfiku – jest przez zmiany klimatyczne zagrożone na poziomie egzystencjalnym. Jeżeli bowiem średnia temperatura na Ziemi będzie nadal rosła w obecnym tempie, Tuvalu wkrótce po prostu zniknie pod wodą.

Czytaj więcej

Tuvalu
Kraj na Pacyfiku sprawdza, czy może pozostać państwem, nawet jeśli zatonie

Wspomniany Kofe przyznał, że władze wyspy już dziś przygotowują się na ten scenariusz i analizują, jak w świetle prawa międzynarodowego będzie wyglądał status kraju, które utraciło terytorium na rzecz oceanu. – Analizujemy, czy możemy w takiej sytuacji zachować prawo do naszych wód i utrzymać uznanie dla nas jako państwa – wyjaśniał minister w rozmowie z Reutersem w czasie COP26. I dodawał, że o ile młodzi mieszkańcy Tuvalu wyjeżdżają z powoli znikającego z powierzchni Ziemi kraju, o tle starsi „są gotowi pójść na dno ze swoją wsypą”. – Nasi obywatele są silnie związani ze swoją ziemią – podkreślał. Znacznie ostrzej wypowiedział się prezydent Palau Surangel Whipps Jr, który stwierdził, zwracając się do państw odpowiedzialnych w największym stopniu za emisję gazów cieplarnianych, że „równie dobrze mogą zbombardować jego państwo”, zamiast patrzeć na jego „wolną i bolesną śmierć”.

Szczyt COP26 niesie państwom na Pacyfiku pewną nadzieję, bo jego uczestnicy zgadzają się co do tego, że odejście od paliw kopalnych jest nieuniknione, a celem ludzkości powinno być ograniczenie wzrostu średniej temperatury na Ziemi maksymalnie do 1,5 stopnia Celsjusza w stosunku do epoki przedindustrialnej. Nie zmienia to jednak faktu, że przy obecnych deklaracjach dotyczących tempa odejścia od węgla średnia temperatura wzrośnie o 2,4 stopnie Celsjusza w porównaniu z czasami przed rewolucją przemysłową. A to – jak alarmują naukowcy i ekolodzy – oznacza prawdziwą klimatyczną apokalipsę i koniec świata, jaki znamy.

Ludzie z węgla

Za szybki wzrost średniej temperatury na Ziemi odpowiada przede wszystkim dwutlenek węgla, który może zalegać w atmosferze przez ponad tysiąc lat, tworząc coś w rodzaju bariery zatrzymującej promieniowanie cieplne emitowane przez Ziemię. Bariera ta w ciągu ostatnich 270 lat stała się niemal dwukrotnie grubsza – w 1750 r. koncentracja dwutlenku węgla w atmosferze wynosiła ok. 280 ppm (cząsteczek na milion), a w 2021 r. już blisko 420 ppm. To zaś oznacza, że koncentracja dwutlenku węgla w atmosferze jest obecnie najwyższa od ok. 4,5 mln lat – czyli od czasów, gdy średnia temperatura na Ziemi była wyższa o 2–3 stopnie Celsjusza, a poziom mórz wyższy o ponad 20 metrów.

Gwałtowny wzrost koncentracji dwutlenku węgla w atmosferze to pokłosie rewolucji industrialnej – jeszcze w 1850 r. roczna emisja CO2 na Ziemi wynosiła poniżej miliarda ton, podczas gdy obecnie wynosi ok. 36 razy więcej. Uprzemysłowiona ludzkość potrzebowała i potrzebuje coraz więcej i więcej energii. A tę pozyskuje, wciąż spalając przede wszystkim węgiel, ropę i gaz ziemny.

Warto jednak zwrócić uwagę na pewien proces społeczny towarzyszący uprzemysłowieniu. Jest nim gwałtowny wzrost liczebności klasy średniej, czyli grupy społecznej, do której przed rewolucją przemysłową zaliczano głównie urzędników i kupców czy rzemieślników, a która obecnie obejmuje dobrze wykształconych, dość dobrze sytuowanych, wykwalifikowanych pracowników oraz drobnych i średnich przedsiębiorców. Zajęło ok. 150 lat, by w 1985 r. grupa ta rozrosła się do miliarda osób (warto pamiętać, że na początku rewolucji przemysłowej liczebność całej ludzkości wynosiła zaledwie ok. 750 milionów), ok. 2006 r. liczyła już 2 miliardy, ok. 2015 r. 3 miliardy, a obecnie ok. 4 miliardów – ponad połowę populacji. Według prognoz MFW do 2028 r. ma liczyć 5 miliardów.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ
5 mld

Tylu przedstawicieli klasy średniej ma być na Ziemi do 2028 roku

Rozwój klasy średniej jest następstwem uprzemysłowienia i postępu technicznego, ale występuje tu też efekt sprzężenia zwrotnego – bo im liczniejsza jest klasa średnia, tym bardziej industrializacja przyspiesza. Przedstawiciele klasy średniej są bowiem na tyle dobrze sytuowani, a jednocześnie – dzięki m.in. wykształceniu – świadomi swoich potrzeb i możliwości ich realizacji, że generują rosnący popyt na produkty i usługi, którego zaspokojenie wymaga z kolei zwiększenia mocy produkcyjnych, co skutkuje wzrostem ogólnej zamożności społeczeństwa i pociąga za sobą dalszy wzrost liczebności klasy średniej. Mechanizm ten stanowiłby coś w rodzaju gospodarczego perpetuum mobile, gdyby nie to, że jego kosztem jest energia potrzebna do produkcji na skalę przemysłową wszystkiego – od żywności po telefony komórkowe – a także energia pozwalająca na transport tych dóbr i ich konsumentów.

Pod tym względem klasa średnia to „ludzie z węgla” – rewolucji industrialnej zawdzięcza bowiem zarówno swój status materialny, jak i możliwość zaspokajania swoich potrzeb. Co więcej – to ta właśnie grupa swoją aktywnością wywiera największą presję na to, by energii produkować coraz więcej i więcej.

Dobrze obrazuje to raport międzynarodowej organizacji humanitarnej Oxfam poświęcony tzw. nierówności węglowej, czyli zjawisku nierównego ponoszenia odpowiedzialności za emisję CO2 przez świat rozwinięty i rozwijający się. Wynika z niego, że w latach 1990–2015 (a więc w czasie, gdy liczebność klasy średniej niemal się potroiła) roczna emisja CO2 wzrosła o 60 proc., przy czym 50 proc. mieszkańców Ziemi (w 2015 r. – ok. 3,1 miliarda osób, a więc ta część ludzkości, która jeszcze nie dołączyła do klasy średniej) odpowiadało łącznie za 7 proc. światowej emisji dwutlenku węgla. Z kolei udział w „odpowiedzialności” za emisję CO2 klasy średniej – w tym wyższej klasy średniej – wyniósł 84 proc., a tylko niższa i średnia klasa średnia odpowiadała za 41 proc. emisji. To właśnie w tej ostatnie grupie w latach 1990–2015 emisja CO2 per capita (wskaźnik mówiący o tym, za jak dużą część emisji odpowiada statystyczny przedstawiciel tej grupy) wzrosła najbardziej (o 49 proc.). Tymczasem dla biedniejszej połowy świata wskaźnik ten praktycznie się nie zwiększył.

Co wynika z tych danych? Otóż zysk z rosnącej emisji CO2 (wzrostowi emisji dwutlenku węgla w latach 1990–2015 towarzyszył bowiem dwukrotny wzrost wartości światowego PKB – z ok. 38 do ok. 75 biliona dolarów) „konsumują” głównie ci, którzy się wzbogacili, a więc właśnie klasa średnia. Wynika też z tego jednak, że wraz z podnoszeniem poziomu bogactwa emisje CO2 rosną.

Ile dwutlenku węgla w nowym iPhonie

Ciekawych wniosków dotyczących tego, na co „swój” dwutlenek węgla przeznacza bogacąca się klasa średnia, dostarcza opracowanie autorstwa Diany Ivanovej i Richarda Wooda dotyczące emisji CO2 przypadającej na mieszkańców Unii Europejskiej. Podobnie jak w cytowanym wcześniej raporcie Oxfam analiza Ivanovej i Wooda wskazuje na nierówny „podział” odpowiedzialności za emisję CO2 – 10 proc. najzamożniejszych mieszkańców UE odpowiada za 27 proc. emisji CO2 w całej Wspólnocie, więcej niż przypada na 50 proc. najuboższych. Ciekawsze są jednak płynące z tego badania wnioski, na co „swój” dwutlenek węgla „wydają” bogaci i biedni.

W przypadku 10 proc. najbogatszych mieszkańców UE średnia emisja CO2 per capita wynosi 22,9 tony (tymczasem zgodnie z celami klimatycznymi UE emisja CO2 per capita na mieszkańca powinna wynosić 2,5 tony). Za blisko połowę tej emisji odpowiada transport – powietrzny (3 tony CO2 per capita w tej grupie) i lądowy (7,4 tony CO2). Kolejne 2,8 tony CO2 rocznie związane jest z zakupem (a co za tym idzie – produkcją) odzieży, 1,5 tony z dostarczaniem różnego rodzaju usług, 1,3 tony z wytwarzaniem różnego rodzaju dóbr. Klimatyczne koszty związane z dobrami o charakterze podstawowym – a więc zakup (produkcja) żywności oraz zapewnienie sobie dachu nad głową (i – co za tym idzie – ogrzanie go, oświetlenie, dostarczenie wody i prądu) – wiążą się w tej grupie z emisją 6,9 tony CO2 rocznie per capita, stanowią więc ok. 30 proc. całej emisji przypadającej na bogatego Europejczyka. Tymczasem w grupie 5 proc. najuboższych Europejczyków (którzy zarazem mieszczą się w celu klimatycznym pod względem emisji CO2 per capita) klimatyczne „koszty” związane z żywnością i utrzymaniem domu stanowią od ok. 70 do 90 proc. (w zależności od kraju) emisji CO2 przypadających na jednego jej przedstawiciela. Z kolei w grupie 50 proc. uboższych mieszkańców UE emisja związana z zakupem żywności (1 tona CO2 per capita rocznie) jest niższa niż emisja związana z wytwarzaniem dóbr i usług na potrzeby statystycznego przedstawiciela 10 proc. najzamożniejszych mieszkańców Unii i blisko trzy razy niższa niż koszty związane z wytwarzaniem dla niego odzieży.

Dane te w uderzający sposób pokazują, jak wyższe emisje CO2 per capita wiążą się z wyższym poziomem życia. Największy udział w emisji mają ci, którzy mogą sobie pozwolić na częste dalekie podróże, utrzymywanie co najmniej jednego samochodu, częstsze zakupy – innymi słowy osoby, które nie muszą niemal całości domowego budżetu przeznaczać na mieszkanie i żywność. Odrobina luksusu w życiu – która jest przecież celem bogacenia się klasy średniej – okazuje się bardzo nieekologiczna.

Jak bardzo? Niech za przykład posłuży nam iPhone – smartfon produkowany z myślą właśnie o klasie średniej, będący często jednym z symboli jej statusu. Apple wypuszcza co do zasady nowym smartfon raz w roku, jeśli więc użytkownik chciałby być ze swoim urządzeniem na czasie, powinien smartfon raz do roku wymieniać. Tymczasem – co podaje sam producent – cykl życia (produkcja i używanie) jednego egzemplarza iPhone’a 13 Pro Max wiąże się z emisją 74 kg CO2. Jeśli więc jesteśmy miłośnikiem smartfonów od Apple’a i chcemy co roku cieszyć się nowym produktem tej firmy, w ciągu zaledwie 14 lat tylko w związku z zakupem kolejnych telefonów przyczynimy się do emisji tony CO2. A to emisja większa niż roczna emisja per capita przypadająca na mieszkańca Paragwaju czy Pakistanu. Ba, zakup jednego tylko iPhone’a wiąże się z blisko dwa razy wyższym „kosztem” klimatycznym niż średnia roczna emisja CO2 przypadająca na statystycznego mieszkańca DR Konga.

Inny przykład to technologie cyfrowe – oglądanie filmów w sieci, przeglądanie stron internetowych czy nawet zwykłe wysyłanie e-maili odpowiadają za ok. 4 proc. rocznej emisji CO2. Sam internet odpowiada za emisję ok. 1,6 mld ton CO2 rocznie (gdyby internet był państwem, tylko trzy kraje świata – Chiny, USA i Indie – wyprzedzałyby go pod kątem skali emisji dwutlenku węgla). Ba, wyłącznie oglądanie pornografii w internecie wiąże się z większą roczną emisją CO2 niż emisja, za którą odpowiedzialna jest cała Belgia.

Bardzo kosztowna dla środowiska jest też branża odzieżowa (10 proc. rocznych emisji CO2), no i oczywiście transport (15–16 proc. rocznej emisji CO2). Innymi słowy, wszystkie potrzeby, które dziś zaspokajamy, a które nie są potrzebami egzystencjalnymi, są kosztowne dla środowiska i utrudniają realizację celu, jakim jest powstrzymanie wzrostu średniej temperatury na Ziemi, która tylko od 1900 r. wzrosła o 1 stopień Celsjusza

Nie wszystko dla klimatu

I tu zaczynają się schody. Paradoks polega na tym, że klasa średnia jest – z jednej strony – tym środowiskiem, które wywiera największą presję na rządy w kwestii bardziej „zielonej” polityki, z drugiej – w dużej mierze odpowiada za to, że jest ona mniej „zielona”, będąc głównym „konsumentem” energii, a jednocześnie podchodząc do możliwości radykalnej zmiany stylu życia z dużą dozą sceptycyzmu.

Z badań European Climate Foundation opublikowanych w czerwcu 2020 r. wynika, iż w kontekście zmian klimatycznych Polacy najchętniej popierają takie metody walki z tym problemem, które nie wymagają od nich wyrzeczeń i zmiany stylu życia. Największy odsetek – ponad 80 proc. – popiera zatem podjęcie działań polegających na sadzeniu drzew i odtwarzaniu wyciętych lasów, ok. 80 proc. deklaruje gotowość do podjęcia działań zmierzających do zmniejszenia skali marnowania żywności, ale już np. zmniejszenie ruchu samochodowego popiera tylko co drugi ankietowany, a rezygnację z energetyki opartej na węglu (co wiąże się z koniecznością kosztownej transformacji energetycznej w Polsce i – przynajmniej w pierwszym jej etapie – ze wzrostem cen energii) – 44 proc. badanych. Z tych samych badań wynika, że Polacy w wieku 25–34 lata, a więc ci, którzy zaczynają żyć na swoim i konsumować owoce swojej pracy, najbardziej sceptycznie podchodzą do kwestii zagrożeń związanych ze zmianami klimatu. W grupie tej przekonanie o tym, że skutki zmian klimatycznych mogą być katastrofalne dla świata przyrody i ludzkości, wyraża – odpowiednio – 51,1 i 51,9 proc., podczas gdy np. wśród osób w wieku 60+ odsetek ten wynosi 76,6 oraz 80,3 proc. Różnica wynika zapewne z chęci uniknięcia dysonansu poznawczego. Młodzi chcą korzystać z dóbr cywilizacji, ale żeby robić to z czystym sumieniem, muszą bagatelizować wpływ, jaki świat masowej konsumpcji wywiera na planetę. Potwierdzają to zresztą odpowiedzi na pytania dotyczące poparcia dla różnych rodzajów działań mających zahamować zmiany klimatyczne – np. poparcie dla zmniejszenia ruchu samochodów osobowych wyraża w tej grupie mniej niż 30 proc. ankietowanych.

Dobrze obrazuje to bardzo ciekawe badanie Zofii Bieńkowskiej, Piotra Drygasa i Przemysława Sadury dotyczące postaw Polaków odnośnie do zmian klimatycznych. W ramach badania przedstawicieli ośmiu różnych grup fokusowych pytano, na ile zmiany klimatu są poważnym zagrożeniem dla cywilizacji ludzkiej i natury oraz o poparcie dla działań mających spowolnić tempo zmian klimatycznych.

Co się okazało? Otóż – jak piszą badacze – „ukonkretnienie i urealnienie ograniczeń, możliwość przedstawienia i wyobrażenia ich sobie przez badanych w codziennym życiu, budziły opór we wszystkich grupach wiekowych”, a uczestnikom badania łatwiej było „mówić o ogólnych środkach” niż o „znaczących zmianach w ich codziennym trybie życia”. I tak jeden z seniorów z Warszawy był skłonny poprzeć rozwiązanie mające na celu ograniczenie liczby lotów („Ja osobiście bym się zgodził, bo ja unikam samolotów” – mówił), ale już seniorzy z małego miasteczka nie wyobrażali sobie narzucanych odgórnie ograniczeń w ilości spożywanego mięsa, a młodzi z dużego miasta – ograniczenia liczby lotów, które postrzegali jako ograniczenie swojej wolności. „O wiele łatwiej zgodzić się na rezygnację z czegoś, czego się praktycznie nie używa” – zauważyli autorzy badania.

„Trzeba było myśleć wcześniej (…) Zakazywanie odgórne, tym bardziej że jesteśmy do tego przyzwyczajeni, zabieranie nam tego to chyba nie bardzo” – podsumował kwestię ograniczeń uczestnik badania z grupy młodych osób z Warszawy. Innymi słowy: klimat ważna sprawa, ale nie aż tak, aby rezygnować z życia, które znamy i lubimy. – Ludzie znacznie chętniej bronią tego, co mają, niż tego, co mogą mieć. Będą zatem skłonni bronić tanich lotów lotniczych, z których korzystają, a nie zatrzymania zmian klimatycznych, co jest dla nich abstrakcyjne – mówi Jakub Wiech, dziennikarz specjalizujący się m.in. w kwestiach związanych z walką ze zmianami klimatycznymi.

Podobne wnioski płyną z badania Stephanie Moser i Silke Kleinhückelkotten, którego wyniki opublikowano na łamach magazynu „Environment and Behaviour” w czerwcu 2017 r. Wykazało ono, że choć osoby identyfikujące się jako proekologiczne podejmowały – co oczywiste – więcej działań mających na celu ochronę klimatu, to realny wpływ tych działań na środowisko był niewielki, ponieważ decydującą rolę odgrywał poziom zamożności. Nawet najbardziej proekologiczny mieszkaniec bogatego Zachodu będzie zostawiał większy ślad węglowy niż mieszkaniec biednego Południa, ponieważ – jak wykazało badanie – najważniejszym czynnikiem decydującym o emisji CO2 jest dochód, a w dalszej kolejności miejsce zamieszkania (mieszkańcy miast emitują więcej CO2 niż mieszkańcy wsi) i czynniki socjoekonomiczne, takie jak wiek czy wykształcenie. Zamożniejsi ludzie generują więcej CO2, bo żyją jak... zamożniejsi ludzie – co wiąże się z większą konsumpcją, która z kolei wymaga większej produkcji energii.

– Przyczyną kryzysu klimatycznego są emisje gazów cieplarnianych pochodzące ze spalania paliw kopalnych. Problemem jest więc sposób produkcji, za którym idzie sposób konsumpcji, sterowany przez przemysł reklamowy. W zależności od wysokości dochodów faktycznie zmienia się emisyjność prowadzonego stylu życia i konsumpcji. Jak wynika z badań, im lepsza sytuacja finansowa, tym bardziej emisyjne są style życia – zauważa Marta Palińska z Greenpeace.

Będzie lepiej, czyli gorzej?

A przecież liczba ludzi zamożnych nadal rośnie, bo liczebność klasy średniej rośnie wykładniczo. O ile na Zachodzie warstwa ta jest w zasadzie ukształtowana, a jej liczebność ustabilizowana, o tyle w krajach rozwijających się ofensywa klasy średniej dopiero się rozpoczyna. Z dostępnych na stronie Komisji Europejskiej prognoz wynika, że wydatki klasy średniej w krajach rozwiniętych rosły o ok. 0,1 proc. rocznie, a w krajach rozwijających się – o 6 proc. Do 2030 r. 88 proc. nowych członków klasy średniej stanowić będą mieszkańcy Azji, co wiąże się z wzrostem liczebności tej grupy społecznej przede wszystkim w Chinach i Indiach, czyli dwóch krajach z największą emisją CO2 na świecie.

Warto zdać sobie sprawę z tego, że dla świeżo upieczonych beneficjentów dobrobytu wynikającego z przynależności do klasy średniej z państw rozwijających się samoograniczenie, jeśli chodzi o konsumpcję i korzystanie z dobrodziejstw cywilizacji, będzie jeszcze trudniejsze niż dla mieszkańców bardziej „nasyconego” konsumpcją Zachodu. Jak bowiem przekonać przedstawicieli społeczeństw, które przez pokolenia czekały na większy dobrobyt, by teraz, gdy jest on w zasięgu ręki, wyrzekły się go, nawet dla tak szczytnego celu jak dobro planety? Misja ta wydaje się skazana na porażkę, zwłaszcza że gwałtownie rozwijająca się klasa średnia jest jednym z głównych motorów wzrostu gospodarczego. Do 2030 r. wydatki klasy średniej mają wzrosnąć do 64 bilionów dolarów rocznie i będą odpowiadały za jedną trzecią wzrostu światowego PKB, a wzrost ten ma być związany przede wszystkim ze wzrostem wydatków klasy średniej w krajach rozwijających się. Zahamowanie tego procesu oznaczałoby utrwalenie statusu materialnego mieszkańców krajów rozwijających się na obecnym poziomie. Innymi słowy, kto nie zdążył się wzbogacić, już się nie wzbogaci. Trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek zgodził się na takie status quo. – Państwa bogatej Północy nie mają moralnego prawa powiedzieć państwom globalnego Południa, że nie mogą iść drogą rozwoju, którą Północ szła przez 200 lat, bo klimat się zmienia – zauważa Jakub Wiech.

Więcej czystej energii

Nie ma więc żadnej nadziei? Na szczęście nie jest aż tak źle. Redaktor serwisu Energetyka24 zwraca uwagę, że „nie ma prawa fizyki mówiącego o tym, że konsumpcja wiąże się z wysoką emisją gazów cieplarnianych”. I dodaje, że już dziś dysponujemy narzędziami pozwalającymi redukować emisję CO2 bez konieczności zahamowania wzrostu gospodarczego, co pokazuje choćby przykład Niemiec. – Niemcy w latach 1990–2020 zredukowały emisję gazów cieplarnianych o 40 proc., a poziom życia w tym kraju nie obniżył się, lecz przeciwnie, nadal rósł – mówi Wiech. Sam opowiada się przeciw teorii mówiącej o tym, że bez zahamowania wzrostu gospodarczego czy wręcz kurczenia się gospodarki nie da się zatrzymać zmian klimatycznych. Przyszłość należy po prostu do czystych metod wytwarzania energii.

Problemy są jednak dwa. Po pierwsze – tempo zmian klimatycznych jest tak duże, że, jak przyznaje Wiech, nie mamy czasu, aby czekać na to, aż kraje rozwijające się same z siebie zaczną wdrażać rozwiązania niskoemisyjne (droższe niż te związane z wysoką emisją CO2). Po drugie – są sektory bardziej niż inne oporne na rozwiązania zeroemisyjne – np. transport lotniczy czy rolnictwo (w tym ostatnim przypadku większym problemem niż emisja dwutlenku węgla jest emisja metanu). Ten pierwszy problem można rozwiązać z udziałem krajów rozwiniętych – Jakub Wiech mówi np. o uzgodnionym na COP26 mechanizmie „handlu redukcjami emisji”, który polega w uproszczeniu na tym, że kraj rozwinięty, który np. swój sektor energetyczny uczynił już w praktyce zeroemisyjnym, może zainwestować w niskoemisyjność sektora energetycznego w innym państwie, a osiągnięty w ten sposób spadek emisji CO2 „liczy mu się” do celów związanych z redukcją emisji przez ten kraj rozwinięty.

Najważniejszym wyzwaniem dla środowiska nie jest to, jak wielu ludzi może utrzymać planeta, ale raczej jak wielu noszących telefony komórkowe, oglądających telewizję satelitarną i jeżdżących samochodami paliwożerców z klasy średniej może ona znieść

Sir David King, były doradca brytyjskiego rządu ds. naukowych

Z branżami opornymi na niskoemisyjność problem jest większy. Jakub Wiech zwraca uwagę, że mechanizmy służące np. podwyższeniu kosztów podróży lotniczych (podatek od paliw lotniczych) mogą wywołać sprzeciw „denialistów klimatycznych 2.0” – osób, które nie kwestionują globalnego ocieplenia, ale będą przekonywać, że koszty walki ze zmianami klimatu są wyższe niż zyski, jakie możemy osiągnąć. – To oczywiście będzie nieprawda – zaznacza Wiech. I dodaje, że lepszym rozwiązaniem będą zachęty dla przedstawicieli tych wysokoemisyjnych branż do inwestowania w rozwiązania niskoemisyjne.

Z kolei Marta Palińska z Greenpeace wskazuje na konieczność zmiany modelu konsumpcji. Jak mówi, to nie klasa średnia sama w sobie jest przyczyną kryzysu klimatycznego. – Jest nim system oparty na czerpaniu zysków z produkcji możliwej dzięki wykorzystywaniu zasobów planety. System, który dąży do ciągłego zwiększania produkcji za wszelką cenę, a nie do zapewnienia dobrostanu ludziom, nie skupia się na trosce o nieprzekroczenie granic wytrzymałości i regeneracji planety – tłumaczy. – To także system polegający na upowszechnianiu wrażenia niezaspokojonej potrzeby ciągłej konsumpcji, by wytworzyć zainteresowanie nadmierną produkcją. Jest na nie podatna klasa średnia, dostrzegająca, że porównując się z najbogatszymi, wypada gorzej – zauważa.

Tymczasem, jak mówi aktywistka Greenpeace, człowiek przede wszystkim potrzebuje „stabilnych warunków do życia – czystego powietrza, wody, żywności z niewyjałowionej gleby, a także bezpieczeństwa, niezakłócanego przez trudne do przewidzenia i opanowania deszcze, powodzie, huragany, susze, upały czy pożary”. Jak dodaje, ważne jest też zaspokojenie innych potrzeb, ale „w sposób umiarkowany, mając świadomość tego, co faktycznie jest naszą potrzebą, a co sztucznie wykreowanym popytem”. Według aktywistki Greenpeace „nie potrzebujemy więcej energii, potrzebujemy konsumować mniej”. Dodaje przy tym, że ograniczenia konsumpcji w pierwszej kolejności powinno się wymagać „od osób najbogatszych, nie od klasy średniej”. To ich style życia powodują najwięcej emisji i to oni są wyznacznikiem dobrego życia, na nich patrzy cały świat, chcąc dorównać ich pozycji.

– Najważniejszym wyzwaniem dla środowiska nie jest to, jak wielu ludzi może utrzymać planeta, ale raczej jak wielu noszących telefony komórkowe, oglądających telewizję satelitarną i jeżdżących samochodami paliwożerców z klasy średniej może ona znieść – mówił w 2013 r. sir David King, były doradca brytyjskiego rządu ds. naukowych. Pytanie to pozostaje jak najbardziej aktualne.