Melodia marzenia rozlega się w naszych myślach niemal wyłącznie w akompaniamencie skrzypiącej rzeczywistości. Więc im gorzej za oknem, tym piękniej w bliżej nieokreślonej przyszłości – powinno głosić prawo zachowania dobrego nastroju, kompensują czar utopii. Im szerszymi strumieniami zalewa mnie krew przy sklepowej kasie, tym częściej uciekam do świata, w którym obejść się mogę bez większości rzeczy wypełniających sklepowy koszyk. A reszta – to, czego naprawdę chcę i potrzebuję – czeka na mnie tuż za progiem.

Może i to najmniej spektakularna ze wszystkich utopii, za to najlepiej sprawdzona. Rodziła się nie w zadymionych papierosowym dymem kawiarniach, w toku zażartej dyskusji intelektualistów, tylko w kuźniach i podczas wiejskich zabaw. Nie ubzdurali jej sobie zanurzeni po szyję w excelowych tabelkach technokraci, lecz przetestowały na własnej skórze dziesiątki pokoleń. To marzenie o świecie, który odzyskał barwę, smak i zapach. Zrzekł się za to kredytu hipotecznego, centralnego ogrzewania i karty Multisport. Nie potrzebuje skomplikowanych narzędzi gimnastycznych, bo zmęczenie ma w nim swój cel i kierunek. Każda kropla potu wynika z pory roku, a nie tylko marzenia o idealnej sylwetce; służy życiu i jego prawdziwym potrzebom, a nie tylko potrzebie podobania się na Instagramie. Świata mniejszej wygody i komfortu, za to zapomnianych dawno radości. Gdzie ciepło jest czymś więcej niż tylko pozycją na wykazie rachunków. Trzeba się trochę nakrzątać, żeby je zapewnić, za to można je potem usłyszeć i zobaczyć.

Czytaj więcej

Jan Maciejewski: Sprawy, dla których się klęka

You may say I'm a dreamer", jak mawiał mój imiennik z Liverpoolu. Tylko proszę mi wcześniej wytłumaczyć, dlaczego miarą postępu jest wiara, że sam mogę wybrać swoją płeć, ale już samodzielne wypieczenie chleba czy wyrobienie masła ma być zanurzonym w odmętach przeszłości dziwactwem? I czemu świat taki, jakim przestał być stosunkowo niedawno, a trwał za to przez kilkanaście wieków, podczas których zdążył obrosnąć świętami i zwyczajami, baśniami i mądrością, nazywany jest bezkarnie utopią? Za to zimny, technokratyczny projekt wykuwany w gabinetach przez zdziecinniałych demiurgów ochrzczony został mianem bezalternatywnego scenariusza przyszłości. Uwierzyliśmy w świat bez gotówki i emisji CO2 do atmosfery, a wyśmiewamy marzenie o życiu, w którym nie będą potrzebne regularne wizyty w dyskoncie. Co jest z nami nie tak?

Jesteśmy pierwszym pokoleniem od dawna, które prawdopodobnie czeka życie trudniejsze niż naszych rodziców. Optymizm i przekonanie o dziejowej konieczności wzrostu stopy życiowej się załamały

Pieniądz fiducjarny, ten, który trzymamy w portfelach i na kontach, nie ma oparcia w niczym, poza zaufaniem. Wiarą w życie coraz wygodniejsze i łatwiejsze. Tyle że w ciągu ostatniej dekady wydarzyły się dwie rzeczy – po pierwsze, zaczęło do nas docierać, że „wygodniejsze" bynajmniej nie znaczy „lepsze". A po drugie, sama wizja nadciągającej wygody staje się coraz bardziej wątpliwa. Jesteśmy pierwszym pokoleniem od dawna, które prawdopodobnie czeka życie trudniejsze niż naszych rodziców. Optymizm i przekonanie o dziejowej konieczności wzrostu stopy życiowej się załamały. Ale inflacja pieniądza to tylko odprysk spadku wartości, siły nabywczej tamtego marzenia. Coraz mniej można sobie kupić za nią radości życia.

Tych, którzy w tym świecie będą czuli się u siebie, będzie coraz mniej i stawać się będą coraz starsi. Ale nic sobie z tego nie robią, bo przy okazji część z nich uznała, że śmierć to słaba opcja i dzięki postępowi technologii postanowią się jej wymknąć. Stać ich na to, bo kolejnym skutkiem ubocznym tego systemu jest bezprzykładna kumulacja kapitału w rękach nielicznych. A ten sam postęp, który zapewnia im długie, być może nigdy niekończące się życie, obrodził też w narzędzie doskonale nadające się do śledzenia i kontrolowania coraz liczniejszych i mniej zadowolonych z życia mas. Nazwijcie to utopią, jeśli chcecie, ale i tak zamierzam trzymać się słów G.K. Chestertona: „Musimy cofnąć się do wolności lub iść naprzód ku niewoli". I hope someday you'll join us.