"Rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie" – mówił na premierze swojego „Ubu króla" w 1896 roku młody i na pograniczu geniuszu francuski poeta i dramaturg Alfred Jarry. Sama sztuka wzbudziła wtedy skandal oraz sensację i – paradoksalnie – przeszła do historii... nie tylko francuskiego teatru.
Mimo, że wypada obruszyć się już na sam pomysł, że akcja groteski dzieje się nad Wisłą (pełen tytuł to „Ubu król, czyli Polacy") nie można odmówić autorowi pewnych racji. W jego czasach polska suwerenność była na samym dnie, a on, choć w chwili „momentu twórczego" ledwie piętnastolatek, mógł pełnoprawnie rozumować (dobra to recenzja dla systemu edukacji gimnazjalnej ówczesnej Francji), że jeśli brakuje polskiego państwa, to nie ma i polskości.