Plus Minus: Jak będzie wyglądała Polska za sto lat?
Stworzenie tak dalekosiężnej wizji wymaga odwagi. Musimy odpowiedzieć sobie na trudne, niepopularne pytania, co do których nie będzie powszechnej zgody społecznej. Ale jeśli nie odpowiemy na nie, to nie będziemy w stanie sformułować żadnej sensownej polityki, rozumianej jako działanie zmierzające ku wspólnego dobru.
Bo jeśli nie wiemy, dokąd zmierzamy...
...to nie wiemy, jaki sens mają nasze decyzje i działania. Kiedy w zeszłym roku obchodziliśmy stulecie odzyskania niepodległości, skupiliśmy się właściwie wyłącznie na historii – nikt się nie pokusił o projekcję przyszłości, o narrację nie o tym, jak Polska odzyskiwała niepodległości, jak przetrwała II wojnę światową i komunizm, tylko co musimy zrobić przez najbliższe sto lat i jakiej Polski chcemy w roku 2118. To pokazuje, że zatraciliśmy ważną część naszego dziedzictwa.
Czyli?
Jeśli spojrzymy na XIX-wieczną myśl niepodległościową, a także późniejszą – w II RP, to dla ówczesnych Polaków najważniejsza była przyszłość. Polska „szklanych domów", marzenie o nowoczesnym i sprawiedliwym kraju dobrobytu. Zarówno socjaliści, jak i nacjonaliści nie chcieli po prostu odbudowywać jakiegoś państwa polskiego – mieli konkretną wizję tego państwa, o dość jasno zdefiniowanych cechach, które będzie zmodernizowane, bogate, suwerenne, wolne, demokratyczne. I byli zdolni nie tylko taką projekcję stworzyć, ale też osiągnąć wokół niej pewien konsensus.
W latach 90. też potrafiliśmy stawiać sobie cele i jednoczyć się wokół nich. Wspólnie walczyliśmy o wejście do NATO i Unii Europejskiej.
Zgadza się, ale to wszystko zostało spłycone do prostego naśladownictwa zachodnioeuropejskich ideologii, do tego mocno opóźnionego, bo te ideologie już wówczas się wypalały, jak wizja niemieckiego państwa dobrobytu czy demokracji liberalnej opartej o silną klasę średnią. Jednak trudno się dziwić temu, że chcieliśmy naśladować Zachód, bo po ponad 300 latach ciężkich czasów Polacy po prostu zasługiwali na dobrobyt, na chwilę oddechu, a nie tylko zaciskanie pasa, a teraz zasługują na co najmniej sto lat pokoju.
Rozumiem, że dziś, by zacząć snuć odważne wizje, musimy sobie szczerze powiedzieć, w jakiej sytuacji się obecnie znajdujemy.
Tak, musimy zacząć od podstaw. Cała nowoczesność i ramy obecnego świata zostały zdefiniowane w XIX w.: czym jest postęp techniczny i jaka jest jego rola w społeczeństwie, jak działa gospodarka kapitalistyczna, jak wyglądają państwa narodowe itd. I na tym fundamencie do tej pory wzrastamy. Wszystko jest takie same jak w XIX w., tylko że bardziej. Wtedy był Nikola Tesla i Thomas Edison, a w XXI w. mamy Steve'a Jobsa i Billa Gatesa. Ale jakościowo to te same rewolucje – ta związana z prądem elektrycznym i dzisiejsza internetowa. Pchają one społeczeństwo w wizję permanentnego rozwoju. A światem politycznym od 200 lat ciągle rządzi globalna geopolityka. Dla Polaków myślenie w kategoriach geopolitycznych jest jednak czymś nowym, bo my mieliśmy tendencję do robienia polityki opartej o sentyment. Nasze elity nie rozumowały w kategoriach geopolitycznych, pewnej gry na wielkiej planszy, tylko w kategoriach romantycznych ideałów, gdzie olbrzymią rolę odgrywały czynniki moralne, a nie projekcja siły czy rozwój gospodarczy.
Zatem jakie jest nasze położenie geopolityczne?
Znakomite. Mechanizmy geopolityki są niezmienne – oś Wisły to wciąż miejsce kluczowe: to tu cała Azja grawituje na zachód, przez nasz teren przechodziły wielkie wędrówki ludów, a dziś to tutaj Chiny szukają drogi do Europy. Z jednej strony mamy więc wielki kontynent azjatycki, a z drugiej Europę, która 500–600 lat temu rozpoczęła niespodziewany dla wszystkich proces globalizacji.
Położenie między Niemcami a Rosją wielu uważa za nasze najgorsze przekleństwo.
To rozumowanie w kategoriach ludzi słabych. Bo czy lepiej być położonym jak Portugalia czy Urugwaj, gdzieś na totalnym uboczu? Dla silnego społeczeństwa, które umie się odnaleźć w geopolitycznej grze, oś Wisły to miejsce wybitnie korzystne, które możemy spożytkować i politycznie, i gospodarczo czy społecznie, ale także moralnie – oddziałując na bardzo duże obszary na wschód i na zachód, ale też na północ i na południe, o czym często zapominamy.
A co to oznacza w praktyce – jakie stawia wyzwania?
Nasze położenie zmusza nas do większej sprawności niż inni w kluczowych obszarach funkcjonowania państwa. Parafrazując Nietzschego: Polacy muszą żyć niebezpiecznie. Żyjemy na pewnej krawędzi konfliktów między Europą a Azją, ale też tych, które w przyszłości przetoczą się na osi północ–południe. To oznacza, że musimy być silni gospodarczo, musimy zabezpieczyć nasze interesy energetyczne czy posiadać odpowiednią siłę wojskową. I żadnego z tych obszarów nie możemy zaniedbać. Ale musimy mieć też sprawne, dobrze wyedukowane społeczeństwo, świadome swojej roli dziejowej.
Górnolotnie...
Jeśli zgadzamy się na powszechną demokrację, czyli system, w którym wszyscy partycypują i odpowiadają za kształt państwa, to niezbędna jest społeczna świadomość naszej sytuacji.
Czyli nie możemy sobie odpuścić i spokojnie konsumować?
Inaczej – dobrobyt będzie pośrednio wynikał z tego, że będziemy mieli silną gospodarkę. Natomiast w przypadku Polski dobrobyt nie może być celem samym w sobie, także ze względu na wyzwanie, jakim jest przetrwanie Europy. Powiedzmy wprost – Europa, jeśli nie będzie zjednoczona, nie przetrwa XXI w., utraci swoją wiodącą rolę w globalizacji i rozwoju cywilizacji jako takiej.
Mamy tu coś do powiedzenia?
Jak najbardziej, mamy dużo do powiedzenia, szczególnie jeśli chodzi o myśl europejską. O ile wkładem zachodniej części kontynentu w nowoczesność jest maszyna parowa i ogólnie rozwój techniczny, o tyle nasze doświadczenie wschodnioeuropejskie bardziej było skoncentrowane na człowieku, na odkryciu jego podmiotowości i zrozumieniu, na czym ona polega. To największe odkrycia polskiego romantyzmu, Nietzsche je doceniał i dlatego głosił, że jest pochodzenia polskiego. Wówczas cała Europa uważała Polskę za ojczyznę wolności jednostki, którą XIX w. dopiero odkrywał.
Czego więc Europa potrzebuje, by przetrwać?
Dla kultury europejskiej kluczowy jest krytycyzm – permanentne kwestionowanie siebie. Konserwatywni myśliciele oczywiście twierdzą, że ten krytycyzm prowadzi Europejczyków często na skraj anihilacji. Być może tak, ale podobnie jak sytuacja geopolityczna Polski to nie jest położenie dla słabych, tak myślenie po europejsku również jest tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Tymczasem dziś zachodnia Europa trzyma się kurczowo oświeceniowego myślenia, a raczej tych resztek, które z niego pozostały po wielkich konfliktach XX w.. Wierzy w niepodważalne rządy rozumu uosabianego przez naukę i nie ma zbyt dużo wewnętrznego krytycyzmu. Idea liberalnych swobód jest rozwijana ad extremum, coraz bardziej i bardziej: najpierw wyemancypowano chłopów, później walczono o prawa robotników, wyciągnięto ze szponów komunizmu narody Europy Wschodniej, a teraz walczy się o prawa mniejszości seksualnych, uchodźców itd. To bardzo spójny ciąg myślowy, ale zbudowany wokół jednej prawdy. Tam nie ma żadnego twórczego konfliktu, który tradycyjnie napędzał europejską cywilizację.
Czyli?
W XIX w. był to konflikt między chrześcijaństwem a oświeceniem, zresztą będący tak naprawdę konfliktem w rodzinie. Problem w tym, że nie jesteśmy w stanie nadać temu mechanizmowi permanentnego krytycyzmu jakiegoś nowego kształtu, bo dzisiejszy spór między konserwatystami a liberałami nie jest twórczy, raczej destrukcyjny. Ale mocno upraszczając, punktem wyjścia do dalszych sporów powinno być to, by w perspektywie najbliższych stu lat konserwatyści i liberałowie pogodzili się z dwoma podstawowymi faktami. Że konserwatyści nie schrystianizują na powrót całej Europy, ale strona oświeceniowa musi sobie też zdać sprawę, że nie dojdzie do żadnej śmierci Boga, a religia nie zaniknie. Paradoksalnie konflikt między tymi dwiema siłami może scalić Europę i dać jej znowu moc twórczą. Ale potrzebujemy tu pewnej równowagi przeciwstawnych sił, bo to ona buduje przestrzeń wolności. To musi działać jak prądnica: plus i minus, które dają dużą energię. Taki permanentny konflikt twórczy utrzymany w pewnych ramach poza Zachodem nie jest możliwy, bo inne cywilizacje, jak już odkrywają pewną prawdę o świecie, to organizują wokół niej całe życie społeczne. A my mamy zupełnie inną kulturę.
Zatem pierwszym wyzwaniem, któremu musimy sprostać, jest przetrwanie Europy. A kolejnym?
Zgodnie z prawami geopolityki bieg dziejom nadają imperia. Na szczęście w ostatnich latach Stany Zjednoczone odkryły strategiczną rolę Polski, dostrzegając, że kto kontroluje nasze terytorium, ten ma szerokie wpływy na osi wschód–zachód. To bardzo korzystna dla nas zmiana, bo wreszcie możemy budować nasz sojusz z Amerykanami nie na sentymencie, jako dwa narody mocno ceniące wolność, ale na pragmatycznych relacjach politycznych. Tylko że żyjemy w ciekawych czasach, gdy globalna hegemonia Stanów Zjednoczonych została zakwestionowana przez Chiny, co spowodowało wzmożenie polityczne w przeróżnych krajach aspirujących do roli mocarstw regionalnych.
I co to dla nas oznacza?
Tu na geopolityce pojawiają się pierwsze rysy. Otóż klasyczne imperia często były silne słabością innych, natomiast siła współczesnych imperiów wyraźnie zależy od ich własnej sytuacji wewnętrznej – systemu politycznego, nastrojów społecznych, rozwoju gospodarczego i technologicznego. Dlatego musimy uważnie obserwować ewolucję amerykańskiego systemu politycznego. Jeśli poradzi on sobie z utrwaleniem wartości republikańskich i reguł demokratycznych, to będziemy mieli naprawdę cennego sojusznika. Natomiast jeśli Stany Zjednoczone wejdą w bardziej autorytarną fazę rozwoju imperium, a instytucje republikańskie staną się fasadowe – co może wydarzyć się w ciągu XXI w. – wówczas będziemy musieli do tego sojuszu podchodzić bardziej ostrożnie.
A co z pozostałymi imperiami?
Najbardziej nas interesują Chiny i oczywiście Rosja, ale powiem niepopularną rzecz: za bardzo bym się ich nie bał. To kraje rządzone przede wszystkim strachem – przed rozpadem, chaosem. Szczególnie chińska filozofia polityki odwołuje się do negatywnych przykładów z historii, gdy kraj był rozbijany, dzielony, popadał w chaos. Jest to zrozumiałe, bo utrzymanie w ryzach tak gigantycznego państwa i nadanie mu kierunków rozwoju to tytaniczne wyzwanie. Problem w tym, że sposób myślenia chińskich elit jest radykalnie różny od myślenia elit amerykańskich, które w czasach kryzysu wracają do nauk Ojców Założycieli, wolności jednostki, indywidualnego szczęścia, konieczności ofiary za wolność itd. W imperiach takich jak Rosja czy Chiny mamy za to powrót do wizji, że świat jest z natury chaotyczny, a zadaniem władzy jest powstrzymać ten chaos za wszelką cenę. I z polskiego punktu widzenia to rzeczywiście może być niebezpieczne, bo taki kraj w imię obrony przed chaosem może zdecydować się na wszystko. To może być wojna energetyczna, handlowa, ale też militarna. Z tej perspektywy może być groźny dla otoczenia.
A pan mówi, że nie ma powodu do obaw.
Bo nieprzewidywalność takich mocarstw podszyta jest jednak słabością. Musimy zrozumieć ich sposób myślenia i umiejętnie go wykorzystać. Jestem przekonany, że najpóźniej w drugiej połowie XXI w. zmienią się systemy polityczne i w Rosji, i w Chinach. System napędzany strachem będzie musiał się załamać, szczególnie w Państwie Środka, gdzie społeczeństwo będzie dużo zamożniejsze i mniej skłonne do ustępstw. Pytanie, co powstanie na tym miejscu – jakaś inna forma autorytaryzmu, czy jednak Pekin będzie potrafił zaadoptować tajwańską wersję demokracji? A może jakiś zupełnie inny system, którego my w Europie nawet nie potrafimy sobie dziś wyobrazić? Natomiast ktoś, kto się boi, kto ma system oparty na strachu, realnie jest słaby.
Jaka będzie więc nasza geopolityczna rola w XXI wieku?
W 1920 roku Lenin sformułował tezę, że droga do światowej rewolucji wiedzie po trupie Polski, co lakonicznie podsumowuje geopolityczną rolę naszej ojczyzny. Co najmniej do początku XXII w. Polska nadal będzie kluczowa, by kontrolować kontynent eurazjatycki, czy by rozprzestrzeniać pewne idee. My z tą rolą musimy się pogodzić i umiejętnie ją wykorzystać, na przykład wzmacniając nasz region, tak jak mamy pomysł stworzenia sojuszu krajów Trójmorza, ale też nie możemy bać się formułować śmiałych idei w różnych dziedzinach. Mamy ważną pozycję, więc naprawdę możemy być w tej globalnej grze istotni, ale podobnie jak w przypadku imperiów – bardzo dużo zależy od nas, naszej sytuacji wewnętrznej. Bo na pewno nasi sąsiedzi woleliby, byśmy byli jakimś rodzajem państwa im podległego. Ale jeśli nie chcemy nowych rozbiorów ani takiego modelu Europy, w którym wrócilibyśmy do roli zwasalizowanego Księstwa Warszawskiego, to musimy się wzmacniać. Ale warto też brać pod uwagę, że w XXI w.geopolityka będzie traciła na znaczeniu na rzecz czegoś, co nazywam technopolityką.
Czyli?
To, co dziś pcha dzieje do przodu, to rozwój naukowo-techniczny. Doskonałym podglebiem dla niego jest gospodarka kapitalistyczna oparta na zasadzie maksymalizacji zysku. Gospodarka kapitalistyczna, rozwój naukowy i technologia stworzyły symbiotyczny układ, który nawzajem się napędza. I to on będzie decydował, jak będzie wyglądał świat, nawet nie do XXII w., ale i dalej.
I czym to się różni od geopolityki?
Według zasad geopolityki państwo jest uzależnione od surowców i od realnego terytorium, natomiast technologia powoduje, że te czynniki tracą na znaczeniu. Skoro kluczowym czynnikiem zmiany stała się technologia, to i decyzje polityczne zostaną przesunięte w jej stronę. To są decyzje, jak kształtować rozwój techniki, jak ma funkcjonować nauka, powszechny system edukacji, jak alokować pieniądze w wielkie projekty technologiczne. Geopolityka nie przestanie być ważna, musimy rozumieć jej reguły i w nią grać, natomiast powoli będzie ona jednak ustępowała technopolityce.
Jakie mamy w niej szanse?
Tutaj akurat bym o Polskę się nie martwił, bo kulturowo jesteśmy bardzo przedsiębiorczy, żeby nie powiedzieć – sprytni. Inaczej byśmy nie przetrwali ostatnich 300 lat. A jednocześnie polska nowoczesność jest w dużej mierze określana przez kulturę inteligencką. To inteligencja narzuciła innym warstwom społecznym wagę edukacji, nauki, sztuki, ale też ideę obowiązku partycypacji Polski w rozwoju ludzkości. To jest w DNA naszej świadomości narodowej. W związku z tym mamy relatywnie bardzo dobrze wykształcone, ciekawe świata i otwarte na innowacje społeczeństwo. W świecie technopolityki Polska powinna się świetnie odnaleźć.
Ale co z tego wszystkiego wynika dla nas tu i teraz – przed jakimi decyzjami stoimy?
Myślę, że powinniśmy się skoncentrować na sześciu kluczowych obszarach. W perspektywie politycznej są to budowa państwa usługowego oraz armii obywatelskiej – świadomej wartości, których broni. W perspektywie społecznej: edukacja oraz ekologia. W naukowej – rozwój badań kosmicznych oraz nauk o człowieku. Oczywiście jest też wiele innych istotnych dziedzin życia, ale te uważam za najważniejsze obecnie narzędzia do budowy wolności.
Państwo usługowe?
Musimy zerwać z XIX-wiecznym modelem państwa, które nazywam „regulacyjnym". On się sprawdzał w czasach transformacji z feudalizmu do kapitalizmu, ale dziś zamiast kontroli życia społecznego i dyscyplinowania obywateli coraz bardziej potrzebujemy nowego paradygmatu – państwa solidarnego ze swoimi obywatelami, sprawnego usługodawcy, a nie zbioru procedur i instytucji. Cyfryzujące się społeczeństwa będą od państwa coraz mocniej oczekiwały służebności, a dla aparatu administracyjnego to duże wyzwanie, bo po prawie 200 latach państwa regulacyjnego trudno nagle się radykalnie zmienić. To idzie niesamowicie opornie na całym świecie, w ostatnich latach ambitne projekty reform, takie jak brytyjski GOV.UK czy amerykański US Digital Service, napotykają spore trudności.
Co z edukacją?
W XXI w. to będzie kluczowa dziedzina i musimy stworzyć nowy model masowego kształcenia. Nie możemy już myśleć, że system edukacyjny to wąska dziedzina, która służy wyłącznie przekazaniu dzieciom wiedzy potrzebnej do pracy zawodowej. Edukacja ma olbrzymie konsekwencje dla całego społeczeństwa, dla rodziny, dla świadomości narodowej, dla systemu politycznego i gospodarczego. Automatyzacja pracy spowoduje zanik wielu różnych zawodów, znacznie wzbogaci społeczeństwo jako całość oraz przesunie ciężar rozwoju na zawody twórcze. A skoro pracy będzie mniej, a sama praca bardziej kreatywna, to system nie będzie mógł być mechanistyczny, bo jego głównym celem nie będzie już kształcenie przyszłych pracowników fabryk i biur pracujących w rygorze zamkniętych standardów i procedur.
Dzisiejszy system edukacji świetnie sprawdzał się w XIX w., gdy trzeba było miliony ludzi nauczyć czytać i pisać, nauczyć języków narodowych. Jednak dziś społeczeństwo potrzebuje narzędzi, by nie tylko sprawnie pracować, ale przede wszystkim by zrozumieć świat i poznać samych siebie. Dawne społeczności wplatały też w system edukacyjny różne procesy inicjacji w dorosłość. Jeżeli chcemy, byśmy to my mieli władzę nad technologią, a nie ona nad nami, nie możemy lekceważyć wykształcenia dojrzałych intelektualnie i psychicznie jednostek.
Pracy na pewno będzie mniej?
Spowoduje to nowa fala automatyzacji, m.in. rozwój tzw. internetu rzeczy (IoT) i sztucznej inteligencji (AI). Do tej pory ludzie zwalniani z konieczności pracy w rolnictwie czy przemyśle odnajdywali się w sektorze usługowym. Teraz i tu wyręczą nas maszyny. To będzie wielkie wyzwanie dla polityki, bo trzeba będzie stworzyć nowe mechanizmy alokacji dóbr. Będziemy musieli przenieść ciężar opodatkowania z obywateli na korporacje. Na pewno bardzo ważną częścią agendy politycznej staną się pomysły, które dziś wydają nam się egzotyczne, jak bezwarunkowy dochód podstawowy, który testowano niedawno w Finlandii.
Jakie konkretnie wyzwania zrodzi to dla państwa?
Liberalna ideologia mówi, że państwo powinno stać z boku i zachować się biernie. Zresztą bardzo tę ideologię w Polsce lubimy, bo w PRL państwo kontrolowało wszystko i wychodziło nam uszami. Jednak te zmiany spowodują, że same mechanizmy rynkowe nie wystarczą do zachowania społecznej równowagi. W przyszłości państwo będzie musiało wziąć na siebie większą odpowiedzialność i bardziej aktywnie zarządzać wspólnotą.
A jeśli tego nie zrobi?
Łatwo można przewidzieć przyszłość: czeka nas społeczeństwo plutokratyczne, potwornie rozwarstwione. Z jednej strony będzie ok. 20 proc. osób zamożnych, które będą kreować nowe technologie i kontrolować kapitał, a z drugiej będzie gigantyczna nadwyżka zbędnej siły roboczej żyjącej na granicy ubóstwa. Dlatego też musimy na nowo zorganizować system redystrybucji dóbr wytwarzanych przez coraz bardziej zautomatyzowaną gospodarkę. Innym wielkim wyzwaniem będzie ekologia. Tu Polska jest w o tyle dobrej sytuacji, że mamy w miarę dobry klimat, relatywnie czyste środowisko, duże zalesienie oraz dość powszechnie uznajemy naturę za społecznie istotną wartość. Ale rola rozmaitych nauk o życiu będzie na całym świecie systematycznie rosła.
O jakich dokładnie naukach mowa?
O wszystkich związanych ze środowiskiem, ale też o medycynie, psychologii, dietetyce, teorii sportu i wszystkich skoncentrowanych na poprawie jakości ludzkiego życia. Już teraz widzimy, że dostęp do czystej wody, zdrowej żywności i czystego powietrza staje się przedmiotem polityki. Ta sytuacja się tylko nasili. W XX-wiecznych krajach uprzemysłowionych robotnik nie jeździł limuzyną i nie jadł kawioru, ale chleb i szynkę jadł te same co milionerzy. Łowił ryby w tej samej rzece i spacerował po tym samym lesie. ?W XXI w. dostęp do zdrowej żywności, czystych ekologicznie obszarów, możliwość prowadzenia zdrowego trybu życia będzie, niestety, coraz mocniej determinowany przez status materialny. Dla państwa kluczowym zagadnieniem stanie się zapewnienie wszystkim obywatelom możliwości prowadzenia zdrowego trybu życia, zapewnienie zdrowia psychicznego i fizycznego. Szczególnie w perspektywie nowej fali bezrobocia.
Bo?
Bo człowiek jest jednak istotą pracującą – najważniejsze nasze relacje, tzw. metarelacje, to te powstałe w wyniku pracy. Nie bardzo wierzę w to, że będziemy w stanie zdrowo funkcjonować bez pracy. Przykład arystokracji pieniądza w XIX-wiecznych społeczeństwach mieszczańskich, która żyła z kapitału, nie napawa optymizmem. Krótko mówiąc, psychoanaliza narodziła się wówczas nie bez potrzeby...
A czy tych wszystkich problemów nie rozwiążemy dzięki rozwojowi technologicznemu?
Na razie mamy tu problem. Otóż w bardzo szybkim czasie, w ciągu 200 lat, ludzkość osiągnęła gigantyczny skok technologiczny, populacyjny, mentalny itd. I trochę zachłysnęliśmy się tym sukcesem, popadliśmy w przekonanie, że wszechświat jest nasz. Po wylądowaniu na Księżycu uznaliśmy, że w ogóle kosmos jest już zdobyty i że zaraz będziemy mieli kolonię na Marsie, i że w ogóle cała galaktyka jest już w zasięgu ręki. Że zaraz wyleczymy wszystkie choroby, bo mamy już szczepionki, antybiotyki itp. Że właściwie nie grozi nam głód, więc możemy robić, co chcemy. Natomiast tak realnie to brakuje nam wiele, by rzeczywiście można było mówić o większej autonomii człowieka wobec świata. Poza tym musimy się przyzwyczaić do tego, że świat nigdy nie będzie w pełni nasz, bo to by wymagało osiągnięcia przez człowieka praktycznie boskiego statusu.
Czego najbardziej nam dziś brakuje?
Efektywnego źródła energii. W teorii powinniśmy już dziś z atomów mieszczących się w szklance wody umieć wytworzyć energię porównywalną z produkcją przeciętnej elektrowni węglowej. Wizja tzw. zimnej fuzji i inne podobne, niegdyś bardzo popularne, na razie się jednak nie zrealizowały.
Co więcej, jesteśmy w takim momencie historii, przynajmniej na Zachodzie, że nie rozwijamy wcale technologii atomowej i nie szukamy nowych źródeł, tylko stawiamy raczej na powrót do dosyć prostych rozwiązań – fotowoltaiki czy wiatraków.
Ito jest zdumiewające. Pokolenie fizyków, które stworzyło bombę atomową, bombę wodorową, ale też reaktor jądrowy, było przekonane, że do końca XX w. osiągniemy czystą i niezwykle efektywną technologię. Wskazywały na to ich modele fizyczne, szczególnie te oparte na fizyce kwantowej. I z jakichś powodów odeszliśmy od ich rozwijania. A to jest absolutnie niezbędne dla ludzkości, by do tych poszukiwań wrócić.
Szczególnie że paliwa kopalne są gigantycznym obciążeniem dla środowiska...
...i są oczywiście wyczerpywalne. Ale nawet gdybyśmy postanowili je wykorzystać do cna przez najbliższe 200 lat, to i tak nie będziemy w stanie utrzymać dotychczasowego rozwoju. Ale co jeszcze ważniejsze, uniezależnienie się od surowców energetycznych byłoby absolutnie przełomowe dla polityki – poupadałyby stare imperia surowcowe, za to znacznie wzrósłby globalny dobrobyt. My, na Zachodzie, żyjemy dziś w miarę dostatnio, ale pamiętajmy, że cały czas około połowy ludzkości żyje poniżej granicy ubóstwa. Do tego jestem przekonany, że w perspektywie najbliższych stu lat głównym mechanizmem rozwoju całej cywilizacji stanie się znów podbój kosmosu. Na razie bardzo zaniedbaliśmy technologię napędu kosmicznego. Podbój kosmosu nie tylko stanął w miejscu, ale uległ regresowi. Amerykanie nie są dziś w stanie nawet zrealizować załogowego lotu w kosmos, choć cały czas zarzekają się, że podbiją Marsa. Ale chcemy czy nie, jako ludzkość musimy uciec w kosmos. Dobrze w tym procesie uczestniczyć i być jego beneficjentem na poziomie ekonomicznym, technologicznym i militarnym, ale potrzebne jest to także dla naszego zdrowia psychicznego.
Dlaczego?
Stoi za tym pragmatyka. Ludzkość ma w DNA wpisany gen ekspansji. W końcu zasiedliliśmy całą Ziemię, a nie zostaliśmy tylko w Afryce. Podbój kosmosu ma dla ludzkości wymiar metafizyczny. Mamy wewnętrzną potrzebę konfrontacji z nicością.
Jaki jest cel tego wszystkiego? Czyli, wracając do początku, jaka ma być Polska za sto lat?
Nie musimy specjalnie wymyślać koła na nowo. Od czasów demokracji szlacheckiej nadrzędną wartością polityczną dla Polaków jest wolność. Nie ma powodów, by kombinować i próbować walczyć z czymś, co jest fundamentem naszej świadomości narodowej. Polskę trzeba nadal jasno i świadomie definiować jako ojczyznę wolnych ludzi, co ma daleko idące konsekwencje. I tu wracamy do XIX-wiecznego ideału, który mówił, że Polakiem może być każdy, kto kocha wolność. To wszystko bardzo fajnie brzmi, ale pamiętajmy, że jak mawiają Amerykanie, „freedom is not free", czyli wolność nie jest darmowa. Z racji położenia geograficznego jesteśmy w podobnej sytuacji, w jakiej byli Grecy w czasach wojen perskich, gdy jako naród przeciwstawiali się ogromnemu wschodniemu imperium, mającemu gigantyczną siłę militarną, polityczną i gospodarczą – w imię wolności nie zgadzając się na żadną wasalizację, żadne ustępstwa. I to wydarzenie dla całej naszej cywilizacji zdefiniowało wagę wolności.
I taka ma być nasza rola – mamy stać na straży wolności?
Predestynuje nas do tego nie tylko położenie geograficzne, ale też cała nasza historia i kultura. To oczywiście nierzadko wymaga woli poświęcenia komfortu, wygody, dobrobytu, czyli tych wartości, które w różnych innych społeczeństwach cenione są często bardziej od wolności. I na pewno nie jest to rola łatwa. Szczególnie że systemy polityczne w toku trwania cywilizacji były generalnie antywolnościowe. I nie tylko dlatego, że władza ludzka naturalnie dąży do opresji, ale i wbrew pozorom społeczeństwom też łatwiej jest przehandlować wolność w zamian za bezpieczeństwo i spokój. Nam w demokracji liberalnej wydaje się, że wolność to coś absolutnie naturalnego, czym się oddycha jak powietrzem, ale to jedynie złudzenie. I musimy zacząć tego uczyć choćby na lekcjach wiedzy o społeczeństwie.
Dr Nikodem Bończa-Tomaszewski jest menedżerem, publicystą i historykiem, prezesem należącego do skarbu państwa operatora telekomunikacyjnego Exatel. Był twórcą Narodowego Archiwum Cyfrowego, kierował Centralnym Ośrodkiem Informatyki MSW, redagował kwartalnik „Fronda" (1994–2007), a od 2007 r. jest członkiem redakcji kwartalnika „44 – Czterdzieści Cztery". Autor książek „Demokratyczna geneza nacjonalizmu" oraz „Źródła narodowości".