Funkcjonowanie takich podmiotów w realiach obrotu gospodarczego jest niezwykle trudne. Każdy polski przedsiębiorca w codziennej działalności mierzy się z niezliczoną ilości rachunków, faktur, płatności i zarazem koniecznością upominania dłużników o dokonanie zaległych płatności. Brak płynności obrotu i przelewu pieniądza w obrocie to horror polskiej gospodarki. Jak więc takie trudności eliminuje aparat wymiaru sprawiedliwości? Śmiem zaryzykować twierdzenie, że w stopniu dalece niesatysfakcjonującym.

Zacznijmy od teorii. Prawo do sądu jest jednym z najbardziej fundamentalnych praw obywateli.  Niekiedy bywa też określane również jako prawo do wymiaru sprawiedliwości lub do ochrony prawnej. Ideą takiego prawa jest zapewnienie każdemu uprawnienia do przedstawienia swojej sprawy przed sądami, co ma się przełożyć na gwarancje podejmowania sprawiedliwych, obiektywnych i słusznych decyzji.

Czytaj także: Waldemar Gontarski: Polska reforma sądownictwa nie jest zagrożona, jeśli sędziowie nie podlegają ministerialnym instrukcjom orzeczniczym

Prawo do sądu ma charakter zasady uniwersalnej. Warto przytoczyć z art. 6 ust. 1 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, który stanowi, iż „Każdy ma prawo do sprawiedliwego i publicznego rozpatrzenia jego sprawy w rozsądnym terminie przez niezawisły i bezstronny sąd ustanowiony ustawą przy rozstrzyganiu o jego prawach i obowiązkach o charakterze cywilnym albo o zasadności każdego oskarżenia w wytoczonej przeciwko niemu sprawie karnej". Podkreślę słowo „Każdy".

Tudzież już na naszym, polskim gruncie mamy przepis art. 45 Konstytucji RP, który stanowi, iż „Każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd". Znowu podkreślę słowo „Każdy".

Konstytucja i Europejska Konwencja Praw Człowieka są wiec w swym przekazie zbieżne.

A jak to wygląda w praktyce? Zgoła inaczej. Barierą są pieniądze. I to niemałe.

Podstawowym kosztem jaki przedsiębiorca musi ponieść, aby jego sprawa w ogóle zawisła przed sądem jest opłata sądowa, czyli opłata jaką trzeba uiścić aby sąd w ogóle nawet rozpoczął zajmowanie się sprawą. Standardowo będzie to opłata stosunkowa wynosząca 5% liczonych od wartości przedmiotu sporu. Ale nie jest to jedyny koszt postępowania. Do tego trzeba doliczyć wynagrodzenie pełnomocnika np. adwokata, który pomoże przy opracowaniu sprawy, przygotowaniu dokumentów i argumentacji, a przecież nie zrobi tego za darmo. Ceny usług co prawda bardzo spadły, ale są kwoty, poniżej których zejść się zwyczajnie nie da. No, i jeszcze kalkulując koszt procesu należy wziąć pod uwagę konieczność powołania biegłych, ale o tym niżej.

Ale to nie wszystko. W realiach obrotu gospodarczego podstawą dochodzenia zapłaty jest faktura VAT. Co to oznacza? Przedsiębiorca dostarczający kontrahentowi towar, lub usługi - musi ponieść koszt wytworzenia tego towaru, albo koszt wykonania usługi. W efekcie po ukończeniu pracy sporządza fakturę, nalicza 23% VAT i przesyła kontrahentowi do zapłaty. Jakież nadchodzi rozczarowanie, gdy kontrahent nie chce zapłacić (powodów zwłoki z zapłatami faktur są naprawdę tysiące – tutaj ograniczeniem jest tylko wyobraźnia kupującego lub usługobiorcy), albo kontrahent okaże się zwyczajnie nieuczciwy (niestety nie jest to zjawisko rzadkie). Z czym zostaje nasz przedsiębiorca? Poniósł koszty wykonania usługi (częstokroć zlecając pewne jej elementy podwykonawcy, któremu trzeba przecież zapłacić), potem po wystawieniu faktury musi odprowadzić od niej podatek PIT i przede wszystkim VAT. A zatem w przypadku małej działalności jednoosobowej bądź mikroprzedsiębiorstwa koszt wyniesie:

a) koszt usługi/towaru,

b) podatek PIT – 19% (lub inna stawka jeśli nie rozliczamy się wg stawki liniowej) i

c) 23% VAT.

Dura lex, sed lex. Podatki trzeba zapłacić. Razem więc przedsiębiorca musi odprowadzić około 40% wartości faktury nawet jeśli grosza z tytułu jej zapłaty nie zobaczył. Czy to fair? Raczej nie, choć to kwestia bardziej natury podatkowej i przyjętego modelu opodatkowania. Ale idźmy dalej. Skoro kontrahent nie płaci, a liczne monity nie skutkują należy udać się do sądu. Jeśli sprawa jest prosta (umowa, faktura) można sobie poradzić bez prawnika. Gorzej jeśli sytuacja jest bardziej skomplikowana – a takowe przeważają. Wtedy pomoc prawna jest nieodzowna (kłania się tutaj postulat o przymus adwokacki w postępowaniach gospodarczych...) . I nawet jeśli założyć, że adwokat lub radca prawny pobierze od klienta kwotę minimalną wg rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości w sprawie opłat za czynności adwokackie z 2015 roku, albo nawet jej część (a w wielu przypadkach ustalone tam wynagrodzenia nie rekompensują nawet nakładu pracy adwokata i konieczności zastępowania klienta w sądzie) to jest to kolejny wydatek – i to zanim cokolwiek nasz przedsiębiorca odzyska. Czy to wszystko? Nie. Pozostają jeszcze koszty biegłych. Są oni powoływani przez sądy w wielu sprawach o bardziej skomplikowanej naturze, gdzie trzeba sprawdzić wyliczenia, jakość wykonanych prac czy np. parametry techniczne zlecenia objętego dochodzoną w sądzie fakturą (przykładowo analiza bilansów, zapisów technicznych kontraktów czy np. do oceny jakości wykonania prac budowlanych  czy instalatorskich). Sąd poprosi o zaliczkę. Z reguły od kilkuset złotych do nawet kilkunastu tysięcy – w zależności do stopnia skomplikowania sprawy. Kolejne setki, jeśli nie tysiące złotych. Kto zapłaci? Powód - przedsiębiorca. Zatem czy to już wszystko? Ależ skąd! Jeszcze potrzebny jest czas. I to dużo czasu. Tak się składa, że polskie sądy są mocno obciążone ilością spraw i nierzadko oczekiwanie na rozstrzygnięcie może zająć nawet kilka lat (tak się dzieje w Warszawie). Czy to jest zatem model, który skłania przedsiębiorcę do dochodzenia swoich praw w sądzie? Śmiem twierdzić, że nie. Widzę to po reakcjach klientów, którym po wytłumaczeniu zawiłości odechciewa się procesowania. Czy taki model wpisuje się więc w prawo do sądu dla każdego? Nie podzielam tak optymistycznie postawionej tezy.

Koszty postępowania i odległa perspektywa czasowa w otrzymaniu sądowego rozstrzygnięcia skutecznie zniechęcają wielu wierzycieli do dochodzenia swoich roszczeń. To skuteczna bariera, dla wielu nie do przejścia. Kto na tym korzysta? Nieuczciwi kontrahenci i naciągacze. Kto traci? Uczciwy przedsiębiorca i zarazem podatnik, który wypełniając swoje podatkowe wobec Państwa powinności ma prawo oczekiwać wsparcia tegoż Państwa przy rozpoznawaniu jego spraw.

I tutaj jest bardzo wiele do zrobienia. Zaraz usłyszę głosy: za dużo spraw, za mało obsługi w sądach, niskie płace, mała dostępność sal itd. Ja to mógłbym zrozumieć, ale czy zrozumieją przedsiębiorcy? Przykłady? Proszę bardzo. Wyrok I instancji po roku, dwóch, trzech latach. Apelacja – kolejne miesiące. Uff. Jest wyrok. Składamy wniosek o klauzulę wykonalności (to zresztą jest temat na oddzielny artykuł). Ile czekamy? A poproszę 10 miesięcy. Albo rok. I proszę mnie nie przekonywać, że przybicie pieczęci na odpisie wyroku wymaga sal, personelu, całego zaplecza i całej opowieści o przeciążeniu sprawami. Wyłącznie kwestia podejścia i organizacji pracy. Do tego odrobina zrozumienia....

Zapewne i Polska Adwokatura winna mocniej podjąć wyzwanie i głośniej mówić o bolączkach obecnego systemu. W publicznej retoryce podnosimy kwestie konieczności ochrony praw obywatelskich i wolności. Oczywiście - tak należy czynić, ale nie zapominajmy, że prawo do sądu to też jedno z podstawowych praw. Kto ma o tym mówić jak nie adwokaci?

Co można zaproponować? Na teraz - przede wszystkim rozpoznawanie spraw sądowych musi być przyśpieszone. Może więcej wysiłku w rozpoznanie spraw? Albo tego dokonamy, albo ten nowotwór niewydolności systemu całkowicie zniszczy obrót gospodarczy. Bez sprawnego sądownictwa (zresztą obudowanego zbędnymi i nadmiernymi procedurami) obrót jest nie chroniony a słabsi wykorzystywani.

Co jeszcze można zrobić? Uważam, że do przebudowy jest cały system opłat sądowych. I żeby była jasność – nie jestem ich przeciwnikiem, ale opowiadam się za istotną racjonalizacją rozwiązań. W roku 2015 obniżono wpisy sądowe w sprawach tzw. frankowych. I co się okazało? Że przedtem wygórowane opłaty wstrzymywały rodziny przed rozpoczynaniem batalii sadowej. Jeden stały wpis w kwocie 1.000 zł nadal jest znaczący, ale sprawiedliwy i pozwalający na podjęcie walki w sądzie. Czy państwo na tym straciło? Nie wydaje mi się. Nie godzi się pobierać wpisów sądowych od podmiotów pokrzywdzonych czy balansujących na granicy wypłacalności, który to stan spowodował niejednokrotnie nieuczciwy kontrahent. Dlaczego zatem nie wprowadzić i w innych kategoriach spraw o zapłatę niewygórowanych wpisów stałych? Sprawny i dostępny sąd = bezpieczny obrót. Co więcej – miałoby to moc prewencyjną. Nieuczciwy podmiot mający świadomość szybkiego sądowego rozstrzygnięcia i nieuchronnej egzekucji dwa razy by się zastanowił, czy warto działać nieuczciwie. Tymczasem jest inaczej i trzeba to przyznać wprost. To dłużnik jest obecnie uprzywilejowany. Państwo tutaj od lat nie zdaje egzaminu. Ktoś powie, że przecież od opłaty sądowej można uzyskać zwolnienie. Teoretycznie tak. Istniejący jednak system zwalniania od opłat sądowych jest kostyczny i wymaga radykalnej zmiany podejścia w granicach już istniejących rozwiązań. Zachęcam sądy do większej odwagi. Zwalniajcie od opłat, gdzie widzicie krzywdę i słabość ekonomiczną pokrzywdzonego. To nie kwestia jakiegoś nienależnego uprzywilejowania – ale kwestia bezpieczeństwa prawnego dla tych przedsiębiorców czy osób fizycznych. Państwo pobierając opłaty nie może zarabiać na czyjejś krzywdzie, ani blokować dostępu do sadu, a nie można się oprzeć wrażeniu, że w wielu przypadkach tak właśnie się dzieje. Znam procesy „odpuszczone" przez przedsiębiorców właśnie z uwagi na brak środków na opłaty sądowe, choć sprawy były „dobre". Czy to jest sprawiedliwość? Przypomina mi się wykute hasło na budynku głównego gmachu sądów warszawskich przy al. Solidarności: „Sprawiedliwość jest ostoją mocy i trwałości Rzeczypospolitej". Co więc się stanie, jak tej sprawiedliwości zabraknie?

Naturalnie problem wysokich opłat sądowych i przewlekłości postępowań dotyczy także większych podmiotów i korporacji, z tym zastrzeżeniem, że oni dadzą sobie radę, bo ich płynność finansowa raczej nie jest tak zagrożona, ani tak uwrażliwiona jak u mniejszych, rodzimych przedsiębiorców.

Pan Premier podkreśla, że Państwo Polskie troszczy się o rodzimych przedsiębiorców. Może wiec warto zacząć poważną debatę ze środowiskami prawniczymi, co zrobić, aby te deklaracje przekuć na realne wsparcie? Przy obecnych kosztach sadowych nasi przedsiębiorcy nie mają szans w sporze z międzynarodowym gigantem lub zinstytucjonalizowaną korporacją. To troszeczkę przypomina uregulowania z czasów PRL, gdzie tzw. Jednostki Gospodarki Uspołecznionej miały uprzywilejowaną sytuację procesową. Wtedy wynikało to z przepisów ustrojowych a teraz z sytuacji procesowej, wysokości opłat sądowych i praktyki.

Problem będzie narastał w realiach pandemicznych. Przedsiębiorcy zwyczajnie biednieją. Nie jest tajemnicą, że wiele branż po prostu walczy o przetrwanie. Kwestia opłat sądowych nabiera zatem fundamentalnego znaczenia. Czy już nie czas zrewidować system?

Bartosz Grohman - adwokat, członek Naczelnej Rady Adwokackiej