Rz: Czy jako wnuk i prawnuk wybitnych prawników, rektorów Uniwersytetu Jagiellońskiego miał pan w ogóle jakiś wybór? Mógł pan zostać kimś innym?
Andrzej Zoll:
Mój ojciec na przykład wyłamał się z tej tradycji – był inżynierem rolnictwa. Chociaż też miał trochę wspólnego z prawem – zajmował się bowiem organizacją pracy. Ja miałem wybór, nacisków żadnych nie było. Marzyłem nawet o medycynie, ale byłem w liceum trochę leniem – nie przykładałem się do nauk ścisłych – chemii, biologii. Nie miałem zatem na medycynę szans.
Na prawo łatwiej dostać się „leniom"?
Tu są potrzebne trochę inne zainteresowania. Czytałem dużo o sprawach społecznych, wciągnęły również mnie ustroje państw. I tak w naturalny sposób zaprowadziły mnie właśnie do prawa.
I to na Uniwersytet Jagielloński, którym kierowali w przeszłości pana przodkowie. Było przez to łatwiej czy trudniej?
To powodowało, że solidnie zabrałem się do nauki. Nie mogłem sobie pozwolić na pójście nieprzygotowanym na zajęcia do uczniów mojego dziadka. Fascynacją prawem zarazili mnie mistrzowie. Zaczynałem studia w 1959 roku. Wtedy na uniwersytecie wykładali między innymi profesorowie: Adam Vetulani, Władysław Wolter, Michał Patkaniowski, Jan Gwiazdomorski. To osoby, które uczyły nas autentycznie prawa, bez ideologizowania.
Jak trafił pan do Katedry ?Prawa Karnego?
Profesor Wolter, u którego byłem seminarzystą, ogłosił, że ma wolny etat w Katedrze Prawa Karnego. Zgłosiłem się ja i mój przyjaciel Andrzej Gaberle (nieżyjący już profesor prawa, kryminolog). Czekaliśmy na rozstrzygnięcie. Profesor Wolter wezwał nas po jakimś czasie i podziękował za to, że nie próbowaliśmy na niego w żaden sposób naciskać.
A praktyka była wówczas taka, że wiele osób próbowało coś załatwiać znajomościami. Mówiło się, że potrzebna jest witamina B, po niemiecku bowiem tak zwane układy to Beziehungen. Profesor Wolter powiedział nam, że ma jeden etat i sami musimy zdecydować, kto do niego przyjdzie. Obiecał, że drugi będzie mógł liczyć na pracę w sąsiedniej katedrze – procedury karnej. Kupiliśmy więc wino, poszliśmy do mojego domu i rzucaliśmy monetą. No i ja wygrałem.
Na asystenturze zastał pana marzec 1968 roku.
Doszło wtedy do zbiegu okoliczności, który uratował moją karierę. Broniłem pracę doktorską 13 marca. A dzień wcześniej towarzystwo asystentów, którego byłem prezesem, zebrało się, by rozmawiać o tym, jak utrzymać więź z protestującymi studentami. Było nas dziesięć osób, jak się potem okazało ?– o jedną za dużo. O przebiegu spotkania dowiedział się bowiem sekretarz partii. Wezwał mnie na rozmowę. Groziło mi, że wylecę z uniwersytetu.
Wiedział pan, kto doniósł?
Wtedy nie. Później się jednak dowiedziałem. Na moje szczęście tej osobie pomyliły się daty. Wskazała 13 marca, a nie rzeczywistą datę spotkania – 12 marca. I kiedy sekretarz partii, który był także docentem w naszej katedrze, wypytywał mnie o spotkanie, mówiłem zdziwiony: jak to, to jakaś bzdura, przecież ja tego dnia zdawałem egzamin doktorski, sam pan przecież przy tym był. Bo ów sekretarz zasiadał w mojej komisji. W ten sposób zyskałem trochę czasu. A potem wziął mnie w obronę profesor Kazimierz Buchała, ówczesny dziekan Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, bardzo przyzwoity człowiek.
Trudno było w tym czasie unikać nacisków?
Obszerny parasol ochronny otworzył nad nami właśnie profesor Buchała. W tym czasie nasza uczelnia była bastionem pewnych zasad. Myśmy mieli w Krakowie trochę inną atmosferę niż w innych ośrodkach akademickich, na przykład w Warszawie. Dzień po wprowadzeniu stanu wojennego na przykład zebrał się senat Uniwersytetu, żeby przyjąć uchwałę, że jest to działanie niezgodne z prawem. Kolejnego dnia na wydziale prawa także została podjęta taka uchwała. Wtedy wstał jeden z tak zwanych marcowych docentów, bo tak nazywaliśmy tych, którzy mimo braku habilitacji byli awansowani po marcu 1968 roku za zasługi, i poprosił, żeby zapisać w protokole, że on w tym spotkaniu nie uczestniczył...
Podczas swojej kariery zajmował się pan przede wszystkim prawem jako teoretyk. Był pan co prawda także rzecznikiem praw obywatelskich i prezesem Trybunału Konstytucyjnego, ?ale czy nie żałował pan czasem, ?że nie jest bardziej związany ?z prawniczą praktyką?
Brakowało mi czasami takiego praktycznego podejścia, zwłaszcza podczas uczenia studentów. W tych czasach jednak nie można było łączyć pracy na uczelni z byciem sędzią czy adwokatem. Dlatego, chociaż skończyłem aplikację sędziowską, nie mogłem wykonywać tego zawodu. Pewien niedosyt zaspokajały rozmowy z moją żoną, która prowadziła kancelarię adwokacką.
—rozmawiała Katarzyna Borowska