Minister cyfryzacji zwrócił się do Komisji Europejskiej o „rozszerzenie i pogłębienie” oceny działań Mety oraz o nałożenie na nią kary 250 mln euro. Jak pan ocenia szanse powodzenia tego wniosku?

To jest bardzo ciekawy manewr. W dużej mierze mamy do czynienia z działaniem politycznym i wizerunkowym. Mimo tego, że w piśmie jest podstawa prawna, to nie tworzy ona jednak dla rządów państw członkowskich szczególnej procedury występowania do Komisji Europejskiej. Rząd oczywiście może się do Komisji zwrócić, ale samo wysłanie pisma nie prowadzi do wszczęcia postępowania i nie wiąże Komisji co do wysokości kary.

Jest jednak druga strona tej sprawy. Wysyłając ten wniosek, wicepremier Gawkowski w praktyce podłącza się pod postępowanie, które już toczy się w KE wobec Mety w zakresie oszukańczych reklam. Pismo nie wszczyna tego postępowania i nie przesądza o jego wyniku, ale może być dla Komisji przydatnym, kolejnym materiałem dowodowym w zakresie tego postępowania. Jeżeli polska strona przedstawia konkretne przypadki i dane pokazujące, że mechanizmy Mety nie działają skutecznie, to Komisja może je wykorzystać w prowadzonej już sprawie.

Czytaj więcej

Polska żąda miliarda złotych kary dla Mety. Gawkowski interweniuje w Brukseli

Dlatego powiedziałbym, że sam ruch ma charakter polityczny, ale nie jest przez to pozbawiony praktycznego znaczenia. Postępowanie wobec Mety ma podstawy, a warto przypomnieć, że akt o usługach cyfrowych (DSA) powstał właśnie dlatego, że wcześniejsze prawo nie radziło sobie wystarczająco dobrze z praktykami największych platform i jeżeli po wejściu nowych przepisów platformy nie zmieniły swoich praktyk, to możliwość ich ukarania jest realna.

Minister powołuje się przede wszystkim na art. 34 i 35 DSA. Co trzeba wykazać, żeby uznać, że Meta naruszyła te przepisy? Czy wystarczy pokazać, że nadal pojawiają się oszukańcze reklamy?

Sam fakt, że oszukańcze reklamy się pojawiają, nie wystarczy. Poza tym DSA ma konstrukcję, w której zakres obowiązków rośnie wraz z wielkością platformy, a w przypadku bardzo dużych platform, jak np. Meta obowiązki są znacznie dalej idące.

W uproszczeniu art. 34 DSA mówi, że platforma musi sama zidentyfikować ryzyka systemowe związane ze swoimi usługami. Prawodawca wyszedł tutaj z założenia, że nie jest w stanie przewidzieć i szczegółowo uregulować każdego nowego zjawiska. Te przepisy są więc celowo dość ogólne i mają działać także wtedy, kiedy zmienia się technologia i rzeczywistość.

Potem wchodzi art. 35 DSA, który stwierdza, że jeżeli platforma zidentyfikuje ryzyko, to musi podjąć środki, żeby im przeciwdziałać. W odniesieniu do reklam przepisy mówią m.in. o dostosowaniu systemów reklamowych i ukierunkowanych środkach ograniczających ryzyko. Czyli w postępowaniu KE kluczowe będzie ustalenie nie tylko tego, czy Meta dostrzega problem, ale czy środki, które podjęła, są rzeczywiście skuteczne i adekwatne.

Czytaj więcej

Meta mięknie po naciskiem Polski. Zuckerberg wprowadza zmiany nad Wisłą

Co ważne, Meta przyznaje się do problemu oszukańczych reklam. Nie mamy więc sytuacji, w której platforma twierdzi, że ryzyka nie ma. Pytanie brzmi raczej: skoro ryzyko zostało rozpoznane i wdrożono określone środki zaradcze, to czy one są wystarczające. I właśnie tutaj materiały przedstawione przez polską stronę mogą mieć znaczenie, ponieważ mogą pokazywać, że mimo formalnego rozpoznania problemu efekty są niewystarczające.

Czy kara 250 mln euro, której domaga się minister, jest realna?

Komisji oczywiście nie wiąże kwota wskazana przez ministra, ponieważ musi ona samodzielnie ustalić, czy doszło do naruszenia, a następnie – jeżeli tak – wymierzyć sankcję zgodnie z DSA. Nie wykluczałbym jednak, że kara, jeśli ostatecznie zostanie nałożona, może być wysoka. DSA przewiduje sankcje w wysokości do 6 proc. światowego obrotu danego dostawcy usług. Dotychczasowe kary w sprawach największych platform sięgają dziesiątek lub setek milionów euro, więc w tym przypadku 250 mln euro nie jest kwotą, którą należałoby z góry uznać za nierealną.

Komisja zwraca jednocześnie uwagę, że Polska sama nie wdrożyła jeszcze w pełni DSA i nie ma w pełni wyposażonego w kompetencje koordynatora usług cyfrowych. Czy to osłabia polski wniosek?

To ma znaczenie, ale i nie ma. Z jednej strony rzeczywiście mamy problem z pełnym wdrożeniem DSA, ale jest też pewna zagadka, czy możemy dziś powiedzieć, że koordynatora usług cyfrowych mamy, czy nie. Z perspektywy rządu prezes UKE został tymczasowo wyznaczony do tej roli, ale bez odpowiednich przepisów ustawowych nie ma pełnego zestawu kompetencji. To ma znaczenie, bo DSA przewiduje określony model współpracy. Koordynator usług cyfrowych ma współpracować z Komisją Europejską i Europejską Radą ds. Usług Cyfrowych. W idealnym scenariuszu właśnie tą drogą powinny być przekazywane informacje dotyczące postępowań wobec bardzo dużych platform.

Tego mechanizmu w Polsce w pełni jeszcze nie mamy, co nie oznacza, że pismo ministra czy materiały przekazane KE stają się bezwartościowe. Jeżeli Komisja już prowadzi postępowanie wobec Mety, może uwzględnić otrzymane informacje. Polskie opóźnienie osłabia natomiast przekaz polityczny, bo z jednej strony domagamy się zdecydowanego egzekwowania DSA wobec Mety, a z drugiej sami nie zakończyliśmy jeszcze budowy krajowego systemu egzekwowania tych przepisów. To są jednak dwie odrębne kwestie i jedna nie przekreśla drugiej.