W państwowej kasie jest krucho – to widać było ewidentnie na konferencji premiera i ministra finansów. Kierunek zapowiadanych zmian jest oczywisty: dodatkowo obciążyć najbogatszych. Ale z tych zapowiedzi przebija jeszcze coś: dalsze komplikowanie polskiego systemu podatkowego. Jakby zapomniano przy tym o obietnicach deregulacji, czyli upraszczania prawa.
Zacznijmy od PIT. Tu zamiast dzisiejszych dwóch stawek pojawi się trzecia: 24 proc. dla tych, którzy zarobią między 130 a 150 tys. zł rocznie. Owszem, to może ulżyć pewnej grupie zaliczanej do tzw. klasy średniej. Ale będzie to jednak dodatkowe kryterium obliczeń. Historycznie były już trzy stawki tego podatku, w latach 90. sięgające nawet 21, 33 i 45 proc. Jednak potem zdecydowano się na likwidację najwyższej stawki, a pozostałe obniżono. PIT się wtedy z lekka uprościł. Teraz znów się skomplikuje.
Czytaj więcej
Premier Donald Tusk ogłosił plan zmian w podatku PIT. Zakłada on podniesienie drugiego progu podatkowego ze 120 tys. zł do 130 tys. zł rocznie oraz...
O ile takie progresywne opodatkowanie osób fizycznych było od początku normą, to CIT, czyli podatek od spółek i innych osób prawnych, kiedyś miał stawkę jednolitą. Fakt, na początku lat 90. była ona drakońska, bo 40-procentowa. Potem liberalny (choć z nazwy lewicowy) rząd SLD obniżył ją w 2004 r. do 19 proc. Jeszcze później w geście miłosierdzia wobec małych firm pojawiła się niższa stawka dla nich: 9 proc. Teraz ma być kolejna: 22 proc. dla tych firm, które zarobią powyżej 50 mln euro. A więc trzy stawki zamiast jednej. Upraszczaniem trudno to nazwać.
Znów powróci pytanie: czy którakolwiek duża firma tę wyższą stawkę zapłaci? Może się powtórzyć historia z 45-procentowym PIT-em. Wielkie koncerny mogą przecież sięgnąć po cały wachlarz środków, by uniknąć wyższej stawki. Od prostego podziału swoich spółek na mniejsze po rozbudowywanie międzynarodowych struktur z wykorzystaniem krajów bardziej przyjaznych podatkowo. Bo najbogatsi na ogół mają pieniądze na sprytne radzenie sobie z komplikacjami prawa. To prawda, kontrole skarbowe są coraz sprawniejsze, ale nie dadzą rady skontrolować wszystkich.
Ministerstwo Finansów przyjęło do realizacji największą ze wszystkich resortów liczbę postulatów ze społecznego zespołu deregulacyjnego Rafała Brzoski
A przecież jeszcze niedawno rząd obiecywał, że będzie raczej redukował przepisy, niż je mnożył. Proces deregulacji przyniósł nawet nieco uproszczeń proceduralnych, a Ministerstwo Finansów przyjęło do realizacji największą ze wszystkich resortów liczbę postulatów ze społecznego zespołu deregulacyjnego Rafała Brzoski.
Wyznaczono nawet ministra odpowiedzialnego za deregulację. Był to Maciej Berek. Czy jego odejście z rządu i równoczesne zapowiedzi komplikacji przepisów podatkowych to koniec deregulacji?
Zepsute państwo mnoży ustawy – mawiał Tacyt, urzędnik i historyk w starożytnym Rzymie. Niewykluczone, że do tego samego wniosku dojdzie pewien całkiem współczesny polski urzędnik i (podobno) historyk. Ten, który ma prawo wetować ustawy. I choć czasem mylą mu się obrońcy z atakującymi, teraz raczej się nie pomyli: przywdzieje szaty obrońcy prostoty systemu. Nawet jeśli dotąd swoimi wetami przeszkadzał w jego reformowaniu.