Początek lata mamy w tym roku wyjątkowo gorący, ale nie tylko temperatury za oknami przyprawiają o zawrót głowy. W polityce krajowej obserwujemy dynamiczny rozwój zdarzeń w związku z nawarstwiającymi się kontrowersjami wokół Warszawskiego Szpitala Południowego. Sprawa wykroczyła już daleko poza mury jednej placówki medycznej i poza granice jednego miasta.

Czytaj więcej

Afera w Szpitalu Południowym. Sondaż sugeruje, że Polacy chcą surowszych konsekwencji

Okazało się, że w jednym z najnowocześniejszych szpitali w Polsce koordynatorem szpitalnego oddziału ratunkowego został lekarz wykonujący zawód medyczny od raptem dwóch lat, który był jednocześnie, co bardzo istotne, radnym dzielnicy Ursus z ramienia partii rządzącej (rządzącej i w Warszawie, i w całym kraju). Działo się to za przyzwoleniem zarządu szpitala, którego prezeską była osoba związana z partią rządzącą. A wszystko to pod czujnym okiem rady nadzorczej, w której zasiadali ludzie również związani z partią rządzącą.

Nepotyzm, kumoterstwo i lojalność partyjna 

W tej, nagłośnionej przez Portal Zero, sprawie, jak w soczewce odbija się choroba, która trawi nasz kraj od dawna. Wszechobecne w Polsce kolesiostwo (nepotyzm, kumoterstwo) sprawia, że bardzo często stanowiska w instytucjach publicznych obsadzane są nie (a na pewno nie w pierwszej kolejności) według kryteriów merytorycznych, ale przez pryzmat przynależności i lojalności partyjnej. Tak jakby to partia stanowiła główny punkt odniesienia w polityce kadrowej państwa, a nie żadne kompetencje zarządcze i dobro wspólne.

Dzieje się tak, bo jako obywatele do kolesiostwa się już po prostu przyzwyczailiśmy. Bo czy przyznanie funkcji koordynatora warszawskiego SOR-u szokuje ze względu na sam fakt „pracy po znajomości”, czy jednak ze względu na drastyczne konsekwencje, z jakimi w tym przypadku mieliśmy (lub mogliśmy mieć) do czynienia? Czy był to pierwszy przypadek obsadzania intratnych stanowisk ludźmi określonego obozu partyjnego, o którym doniosły media? Czy problem dotyczy jednego tylko środowiska politycznego? Oczywiście, że nie.

Czytaj więcej

Sondaż IBRiS: Czy odpolitycznienie rad nadzorczych wystarczy? Polacy mają wątpliwości

Rozdział stanowisk po wygranych wyborach 

Mamy świadomość, że pomimo wielu wzniosłych haseł ujętych w konstytucji („Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli”, „Obywatele polscy korzystający z pełni praw publicznych mają prawo dostępu do służby publicznej na jednakowych zasadach”) rzetelność i sprawność instytucji publicznych spychana jest na dalszy plan, gdy przychodzi do rozdzielania stanowisk po wygranych wyborach. Pamiętamy politykę kadrową poprzedniego rządu, która wywoływała liczne protesty. Pamiętamy też o wielu przykładach kontrowersyjnych nominacji już obecnej władzy, która szybko zapomniała, że pozamerytoryczne kryteria naboru były wielkim skandalem jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Spółki Skarbu Państwa i komunalne, urzędy centralne i terenowe, placówki zagraniczne, agencje wykonawcze, państwowe i samorządowe instytucje kultury. Wszędzie tam wciąż działa prawo „politycznej miotły”, które regularnie pozbawia pracy tysięcy menedżerów (zazwyczaj niezależnie od fachowości i zasług, tylko dlatego, że nie byli wystarczająco „nasi”).

Rozwiązaniem na nadmierne upartyjnienie instytucji państwa nie musi być wcale rezygnacja z partii politycznych. Mają one swoją istotną rolę w systemie (wpływania demokratycznymi metodami na kształtowanie polityki państwa). Niech się z niej dobrze wywiązują. To, do czego jednak nie zostały stworzone, to zawłaszczanie państwa i samorządów. Mamy więc pełne prawo oczekiwać, że wszelkie działania służące właśnie zawłaszczeniu państwa, obdzielaniu stanowisk publicznych „krewnymi i znajomymi królika”, będą piętnowane i skutecznie zwalczane. Niezależnie od tego, która partia takie praktyki stosuje.

Rejestr może zapewnić jawność 

Nie jest łatwo wymyślić cudowne rozwiązanie na tę utrwaloną już patologię III Rzeczpospolitej, ale sądzę, że istnieje sposób, który, wdrożony, byłby krokiem w dobrym kierunku. Tym bowiem, czego z całą pewnością potrzeba, aby ograniczyć destrukcyjny wpływ praktyki „podziału łupów” po każdych kolejnych wyborach, jest zdecydowanie więcej jawności. Zapewnić ją może Centralny Rejestr Stanowisk Publicznych.

Rejestr ten mógłby wzorować się na innym rejestrze zwiększającym jawność życia publicznego, a z którego wszyscy możemy korzystać od lipca tego roku. Chodzi o Centralny Rejestr Umów Jednostek Sektora Finansów Publicznych , a więc bank danych o wszelkich umowach zawartych przez jednostki publiczne lub na ich rzecz. Rozwiązanie to ma służyć realizacji zasady jawności gospodarowania środkami publicznymi, a dostęp do tak wielkiego zbioru danych ma zapewnić „większą kontrolę społeczną nad wydatkami realizowanymi przez jednostki sektora finansów publicznych, co w konsekwencji przyczyni się do zwiększenia zaufania do sposobu zarządzania środkami publicznymi”.

W rejestrze stanowisk publicznych udostępniane powinny być te informacje, które pozwolą na weryfikację kompetencji osób zajmujących istotne stanowiska z punktu widzenia funkcjonowania regionu lub kraju:

• imię i nazwisko;

• data zatrudnienia;

• organ powołujący i nadzorujący;

• wysokość wynagrodzenia;

• wcześniejsza i aktualna przynależność partyjna;

• doświadczenie zawodowe;

• posiadane kompetencje (wykształcenie i szkolenia).

Czytaj więcej:

Administracja NIK: administracja ma problem z zarządzaniem kadrami

Pro

Co powinno znaleźć się w rejestrze?

Szczegółowej analizie należałoby poddać zakres przedmiotowy takiego rejestru. Z pewnością powinien obejmować stanowiska kierownicze i dyrektorskie we wszystkich urzędach administracji rządowej i samorządowej – to tam kreuje się polityki publiczne i podejmuje decyzje o podziale wielomilionowych środków z naszych podatków. Tam też zarządza się innymi podmiotami publicznymi. W rejestrze powinny się znaleźć także kierownicze stanowiska we wszelkiej maści spółkach państwowych i samorządowych, agencjach, instytucjach kultury, placówkach oświatowych. Jak pokazuje doświadczenie z ursynowskiego szpitala, w rejestrze powinno być też miejsce na stanowiska zarządcze w szpitalach publicznych.

Rejestr, aby spełniał swój cel, musiałby być stale aktualizowany. To na samych jednostkach publicznych ciążyć powinien obowiązek zgłaszania do rejestru wszelkich zmian. Obowiązek ten powinien zostać obwarowany dotkliwymi i nieuchronnymi sankcjami za wszelkie opóźnienia w dokonywaniu aktualizacji lub za podawanie nieprawdziwych danych.

Kto powinien zarządzać Centralnym Rejestrem Stanowisk Publicznych? To jedno z największych wyzwań, przed jakim stanąłby ustawodawca. Uczynienie administratorem któregokolwiek z organów administracji rządowej sprawiłoby, że naturalnie pojawiałyby się wątpliwości odnośnie do „skrupulatności” w nieprzerwanym aktualizowaniu bazy danych. Rozważyć należy zatem inne przypisanie tego zadania, gwarantujące bardziej niezawodną jego realizację.

Widzę dwie możliwości. Dobrym kandydatem byłby rzecznik praw obywatelskich, który sprawdza, czy prawa obywateli są szanowane przez instytucje państwowe, a prawo do dobrze zarządzanego państwa i efektywnie wydatkowanych środków publicznych jest jednym z nich. Inną możliwością byłoby powierzenie tego obowiązku Najwyższej Izbie Kontroli, bo skoro NIK przeprowadza swoje kontrole m.in. pod względem gospodarności działań organów państwa, to i monitorowanie kompetencji osób odpowiadających za tę gospodarność w konkretnych instytucjach (ale też za legalność, celowość i rzetelność realizowanych zadań) byłoby w pełni uzasadnione.

Wprowadzenie rejestru może napotkać opór

Jestem pewny, że idea utworzenia Centralnego Rejestru Stanowisk Publicznych wywoła kontrowersje. Szefowie wszelkiej maści instytucji publicznych mogą nie życzyć sobie takiego „prześwietlenia” i dotyczącej ich bezpośrednio transparentności. Nie zmienia to faktu, że swoje stanowiska zajmują w sektorze publicznym, realizując polityki publiczne, wynagrodzenia pobierając ze środków publicznych. Nie istnieje i nigdy nie będzie istniał przymus pracy dla dobra wspólnego, a zatem jakiekolwiek głosy za ograniczaniem przejrzystości życia publicznego w Polsce można uznać za przejaw interesu prywatnego lub korporacyjnego. Fachowe zarządzanie instytucjami publicznymi i efektywne wydatkowanie środków publicznych to wartości znacznie wyższe niż czyjkolwiek komfort pozostawania w cieniu.

Nie uwolnimy się od choroby kumoterstwa bez większej transparentności. Doświadczenie uczy, że nagłaśniane medialnie skandale związane z partyjnym kluczem doboru kadr są tyleż spektakularne, co krótkotrwałe i jałowe – po kilkudniowym, czasem kilkutygodniowym oburzeniu wszystko wraca do normy, a politycy dalej budują swoje sieci wpływu, wykorzystując w tym celu instytucje publiczne. Oczekując na obchody 40-lecia przemian ustrojowych w Polsce, nie możemy dopuścić do tego, żeby nomenklaturowy system obsadzania stanowisk kierowniczych w naszym państwie zachował się jako najtrwalsza spuścizna po Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Autor jest prezesem Fundacji Sprawne Państwo