Norbert Nowotnik w tekście „ETPC o odmowie powołania sędziów” („Rzeczpospolita” z 22 maja) przytoczył wypowiedź prezesa Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia Bartłomieja Przymusińskiego dotyczącą jednego z najnowszych orzeczeń Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (sygn. akt: 62765/14, 62769/14 i 62772/14). Sędzia wyraził nadzieję, jakoby to rozstrzygnięcie było krokiem, który może uporządkować sytuację w Polsce. Służyć temu miałoby rzekomo nieabsolutyzowanie prezydenckiej prerogatywy do powoływania sędziów w celu zapewnienia im dostępu do służby publicznej.

Pomijając megalomanię samego założenia, wypada stwierdzić, że nie ma nic bardziej mylnego w takim podejściu. Żaden bowiem trybunał europejski nie uporządkuje sytuacji w naszym kraju, jeśli którąkolwiek z zasad konstytucyjnych poświęci się na ołtarzu polityki, zwłaszcza tej bieżącej. W szczególności dotyczy to zasad określających fundamenty demokracji liberalnej. Cóż nam bowiem po dostępie do służby publicznej, jeśli podważy się skutecznie zasadę podziału władz. A oto właśnie w tej sprawie chodzi. Komu będą służyli ci, których do służby powołano? Państwu czy wyłącznie jego części?

Co orzekł ETPC w sprawie procedury powoływania sędziów w Polsce?

Trybunał w Strasburgu chce kontroli sądowej decyzji głowy państwa w przedmiocie indywidualnego powołania na sędziego. Prezydent ma więc nie tylko uzasadnić swoją odmowę, ale faktycznie może być przez sąd zmuszony do postąpienia niezgodnego ze swoją wolą, to jest – w przypadku takiej sentencji sądu – do powołania na stanowisko sędziego kogoś, kogo nie chce na nie powoływać. Kandydatowi na sędziego wystarczy zatem spełnienie jakiejś listy warunków i to będzie już musiało wystarczyć, aby prezydent nie mógł postąpić inaczej niż życzy sobie wnioskodawca.

Nietrudno zauważyć, że w takim podejściu wszystkie narzędzia kontroli systemu pozostają ostatecznie w ręku sędziów. To oni kontrolują przebieg kształcenia po studiach, oni oceniają kwalifikacje kandydatów w Krajowej Radzie Sądownictwa, która wyłaniana jest spośród nich i faktycznie przez nich (zachowują tam większość), i oni wreszcie wnioskują o ewentualne powołanie na sędziego. Teraz mieliby jeszcze kontrolować tego, któremu konstytucja wprost i jednoznacznie przyznała kompetencję kreacyjną (art. 144 ust. 3 pkt 17). System sędziowski, zbudowany obecnie w Polsce (co do zasady) na faktycznej kooptacji sędziów do zawodu, ma w ujęciu narzucanym przez ETPC stać się kooptacją absolutną, bo ostatecznie o tym, kto ma czy nie ma być sędzią zawsze będą decydowali sędziowie. Prawo do sądu zmienia się tutaj w przymus monopolu sędziowskiego.

Czytaj więcej

ETPC: Prezydent nie może odmawiać powołania sędziów bez uzasadnienia

Jak to się ma do zasady podziału i równowagi władz (art. 10 konstytucji)? Jest ona przecież fundamentem państwa prawa. Wedle niej każda z władz musi dysponować wobec innej władzy określonym systemem narzędzi prawnych hamujących tę drugą. Dotyczy to również władzy sądowniczej. Dokonuje ona w szczególności oceny i kontroli konstytucyjności ustawodawstwa i aktów administracyjnych. To przed nią odpowiadają funkcjonariusze publiczni w przypadku naruszenia przez nich prawa. Stąd też, zgodnie z logiką podziału władz, powinna i ona podlegać stosownej kontroli i hamowaniu ze strony władz niesądowniczych.

I chociaż konstytucyjna zasada niezależności sądów (art. 173 konstytucji) gwarantuje im, że zmiana orzeczeń zapadłych przed sądami jest dopuszczalna wyłącznie w instancyjnym toku odwoławczym, to ta sama konstytucja przyznaje przecież prezydentowi prawo łaski (art. 144 ust. 3 pkt 18), które chroni system przed absolutyzowaniem wspomnianej niezależności sądów. Legislatywie z kolei służy prawo do uchwalania ustaw abolicyjnych i amnestyjnych, co również ogranicza sądy. Hamowanie jednych władz przez drugie jest bowiem niezbędnym mechanizmem poprawnego funkcjonowania całości systemu instytucjonalnego państwa. Nie ma w nim miejsca na dominację jednej władzy nad drugą, a w szczególności na swoiste odseparowanie się jej od samego państwa, na przykład ze względu na chęć pogłębienia integracji z innymi podmiotami niż to państwo. Dlatego żaden prezydent nie może pomyśleć, że „państwo to on”, ale i sędziom nie wolno uwierzyć, że „państwo to tylko oni”, a sądownictwo to jakiś przedmiot monopolu sędziowskiego.

Nominacje sędziowskie a normy konstytucji

A co z regułą, że wszelka władza pochodzi od narodu (art. 2 konstytucji)? Nie od grupy zawodowej, partyjnej koterii czy czegoś podobnego, ale wyłącznie od narodu. W przypadku parlamentu nikt nie próbowałby twierdzić, że można by ów naród zastąpić jakimś innym kreatorem. Czy zatem władza sądzenia może się od tej reguły wykręcić? Gdyby przyjąć wolę ETPC za swoją, nie pozostałoby nic innego, tylko zaakceptować ten sposób myślenia. W jakim bowiem momencie naród kreuje tę władzę? Przecież nie w trakcie aplikacji, egzaminu sędziowskiego, ani w decyzji KRS, której nie wyłania naród w jakichś wyborach, tylko sami sędziowie (w modelu bliskim panu Przymusińskiemu) albo izba parlamentarna (w modelu obowiązującym, lecz kwestionowanym).

Zgodnie z konstytucją, to pochodzący z powszechnych wyborów prezydent RP (reprezentujący ten naród), powołując sędziego, daje mu udział we władzy publicznej i jest to wyraz woli tego reprezentanta narodu, a nie jakiegoś sądu. Tylko w takim ujęciu za owym sędzią będzie stał autorytet publiczny, a nie wyłącznie wola kolegów po fachu.

Jeśli większość członków KRS ma stanowić sędziowie wybrani przez sędziów, to tworzą oni li tylko profesjonalny organ do merytorycznej oceny kandydatów, zyskując zarazem praktyczny monopol na zgłaszanie kandydatów do stanu sędziowskiego. Ich kompetencje jednak nie obejmują działania w imieniu narodu, ani przekazywania takiemu kandydatowi udziału we władzy publicznej, bo ta musi pochodzić od podmiotu, który ten naród reprezentuje. To, co proponuje obecnie ETPC, to odstąpienie w przypadku władzy sądowniczej w Polsce od zasady suwerenności narodu, któremu wciąż pozostawia się prawo kreowania władzy ustawodawczej i wykonawczej, ale sądowniczej już nie. Faktycznie ukształtowana w takim układzie „suwerenność sędziowska” wyklucza realny wpływ innych władz na personalny skład piastunów urzędu sędziowskiego.

Czytaj więcej

Kardas, Gutowski: Nowy I prezes SN nie widzi problemu powołań sędziowskich

Przed takim systemem przestrzegał Monteskiusz i większość klasycznej konstytucjonalistyki. Sędzia Antonin Scalia z kolei ostrzegał sędziów na tych łamach („Plus Minus” z 25 września 2009 r.) przed utożsamianiem się z królami (ci również obywają się bez sankcji narodu), co prędzej czy później konfliktuje ich z samą demokracją.

Podkreślenia przy tym wymaga, że prerogatywa prezydencka – wbrew notorycznie dziś głoszonym twierdzeniom – nie jest żadnym reliktem prawa królewskiego. Jest po prostu wyrazem funkcjonowania w systemie prawa aktów wykonawczych niewymagających kontrasygnaty. Nie odnosi się ona wyłącznie do urzędu Prezydenta RP. Jest stosowana w administracji rządowej i samorządowej. Nie należy więc traktować takiego uprawnienia urzędniczego jako jakiegoś wyrazu samowoli czy anachronizmu.

Obecny kryzys sądownictwa wymaga od wszystkich władz odważnych decyzji i determinacji. Jednakże jego przezwyciężenia upatrywać należy w przestrzeganiu swoistej umowy, jaką jest zaakceptowana przez obywateli w 1997 r. ustawa zasadnicza. Tylko ona wyznacza zakres dopuszczalnych kompromisów i interpretacji.

Z tej perspektywy orzeczenia międzynarodowych trybunałów mogą mieć wyłącznie charakter uzupełniający. Szukanie w nich przez polityków i sędziów narzędzi nacisku na swoich krajowych oponentów jest nie tylko wyrazem nielojalności, ale i naruszeniem reguły, wedle której RP jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli (art. 1 konstytucji) i jaskrawym zaprzeczeniem obowiązku troski o to dobro (art. 82).

Adam Tomczyński jest sędzią Sądu Najwyższego w stanie spoczynku

Mariusz Brunka jest doktorem nauk prawnych

Czytaj więcej

Sędziowie nie są królami